Wiedźmin, ten który wie (r.2)

ROZDZIAŁ I.
ROZDZIAŁ III.
ROZDZIAŁ II.

Podrozdziały:
1.Struga 2.Rybak 3.Handlarz 4.Obcy 5.Cham 6.Wódz 7.Zmiana 8.Dyktator 9.Ślad 10.Ubożęta 11.Mistrz 12.Weda

Struga

Świat do którego przed tysiącami lat, przyszli ojcowie nadając Słowu nowe znaczenie. Nazwali się Słowianami. Nowy świat był różny od tego, skąd podążali.
Ten, przepasany wstęgami rzek, zrodzonych ze strumyków, a te z bijących żywą wodą potoków, kwitł i obrastał, w dające schronienie przed skwarem, święte krzewy i drzewa. Tu nie brakowało owoców, a ziemia była zdatna do upraw i rodziła zioła, tak różne, że trzeba było odkrywać nową wedę o leczeniu. Skutki niewiedzy o działaniu tych roślin mogły przywołać groźne demony! Ludzie odkrywając te dobra, skłonili się ku nowym bogom, uosabiając te dobra z nimi.

Piaszczyste drogi łączyły ze sobą osady. Często były to już tylko spalone zgliszcza, ubite końskimi kopytami wojów – zdrajców i zachłannych innowierców.
Krew i kości dzieci, sióstr, braci, matek i ojców, stanowiły nawóz pod uprawę nowego świata. Na tych polach wzrastały krzyże, a za nimi na śladach dawnych obrzędów kościoły.
Póki jednak podziemne źródło biło, słowiańska rzeka płynęła, a zapisana w niej pamięć opowiadała historię i śpiewała pieśni każdemu, kto z niej pił.
Mówili napotkani ludzie, że nie ma już Wiedźm i Wiedźminów. Gadali, że został po nich popiół na stosach. Ale nasz bohater wierzył w cel swojej drogi. zbyt wiele miał pytań bez odpowiedzi, którymi chciał, jak czakrę, napełnić swoje dziecko-najważniejszy ślad swojego tu bytowania.

-Wy ludzie, kiedy się rodzicie, rzadko co pamiętacie. Głowa narodzonego dziecka jest „za mała”, by pomieścić wiedzę zapisaną w duchu. Zaledwie tyle, co zdążycie przekazać dzieciom, tyle sami się od nich, jak dorosną, nauczycie z powrotem.– Gadał skrzat patrząc na płynącą rzekę.– Woda jak dusza wypełnia jej koryto, zmienia się w parę, opada deszczem, wnika w ziemię i na powrót bije z potoku.
A bo trzeba wszystko pamiętać? – zmarszczył czoło kiedy czarne wspomnienia odbiły się w jego oczach.
Niby to prawda.
Spytałbyś ludzi, co pamiętają: ból, lęk, nienawiść…
dlatego trzeba uczyć dobrego! – co złe samo przychodzi – taka wasza ludzka natura.
Ideał skrzata tkwił w tym, że nie był on człowiekiem.
Wiedźmin zapuścił się daleko na południe. Poszukiwani mędrcy podróżowali. W tamtym czasie szukali azylu. Prześladowani liczyli na schronienie w puszczańskich osadach północy.
Tu próżno było ich już szukać. Zatem decyzja powrotu była mądra, zgodnie ze złożoną, żonie obietnicą.
-Czarna, ruszamy na północ! – zwrócił się do wilczycy, wiedząc, że mądre oczy zrozumieją dokładnie wypowiedziane, z uczuciem słowa. Psy stanęły jednomyślnie przy brzegu strugi, kierując pyski na azymut dalszego marszu.
-Idziemy strugą!– pewność w głosie przyświecała szczęściu, skupionemu w wizerunku skrzata.
Rzeki były płytkie, przekształcały się w rozlewiska, sycąc ziemię. Łodzie nie przeprawiały się tędy, bo przeszkody, takie jak powalone drzewa, skupiające rodziny bobrów, blokowały drożność.
Wiedźmin zbudował lekką tratwę. Znał tą umiejętność dobrze, bo sam mieszkając na rozlewisku, robił to nieraz.
Ta droga była bezpieczna. Nie zostawiała śladów. Wilki szły brzegiem, tylko pod wieczór, kiedy zimna, wilgotna mgła dawała się we znaki, podpływał po Czarną, by pod mokrym, wełnianym, ciepłym płaszczem grzała go i odpędzała zmory wodne, którymi straszył nieraz wieśniaków i niegrzeczne dzieci. Były to w zależności od terenu i pory: Topieluchy, Brodzice, Utopce, Wodnice i Bagienniki.

Rybak

Płynął z nurtem rzeki wiele dni i nocy. Uśmiech na jego ustach bił mocniejszą aurą z każdym odcinkiem, zbliżającym go do domu. Nie znał jeszcze tej drogi. Ciężko było mu określić swoje położenie. Wiedział, bo wierzył, że tak jak ptaki i on dotrze do swojego gniazda.
Przypuszczał, że był już daleko od prześladowców. Wiedział jednak, że tak długo jak myśliwy nie kończy polowania przed upolowaniem zdobyczy, tak długo będzie i on ścigany przez swoich niedoszłych oprawców.
Tej nocy nurt wyniósł jego tratwę na głębokie koryto, szerokiej rzeki. Wzmorzyło to czujność wędrowca. Mgła i mrok chroniły go przed zdemaskowaniem. Czuł przychylność i posłuszeństwo demonów, uwiązanych na smyczy jego silnej woli.
Z oddali zobaczył światło i wpatrzony w jego łunę, wiosłem ściągał tratwę do brzegu. Wilki wyczuły zamiary przyjaciela. Przeprawiły się przez wodę i stanęły na lądzie, jak w miejscu zbiórki.
Zszedł na ląd najciszej jak się dało. Ściągnął platformę, opierając o drzewo pod kątem – tworząc zadaszenie.
Czarna idzie ze mną, reszta pilnuje!– poklepał ziemię pod prowizoryczną budą, drugą ręką trzymając towarzyszkę.
Głodne zwierzęta myślały tym razem o czym innym, niż warta. Ich wzrok był zwrócony w punkt światła i czekały tylko by zerwać się do ataku.
Jak na zawołanie, gdy z tataraku dobiegł szelest, wszystkie cztery, rzuciły się weń, jak na ofiarę. Wiedźmin nie zdążył nawet zareagować, stado wymknęło się spod kontroli. Ale milczenie skrzata stanowiło dobry omen, więc i on podbiegł w tym kierunku. Nim jednak zdołał ocenić sytuację usłyszał krzyk rozpaczy:
Ratunku! Wilki!
A następnie głośne uderzenie w taflę wody, ciała krzykacza, który połykając nerwowo wodę, wykrztuszał kolejne okrzyki. Woda niosła je po wodzie i wybudzała wartowników, rozpalających kolejne pochodnie rybackiej osady.
Nie wróżyło to nic dobrego, mimo to, skrzat wciąż milczał! Wiedźmin rzucił się nerwowo na wilki, chcąc je uspokoić. Ściągał ich łby do ziemi, co przez trawy zobaczył przerażony topielec, więc następne RATUJ! miało już konkretnego adresata.
Wilki rzuciły się, rzecz jasna, na patroszone ryby i rozszarpywały jedną za drugą. A kiedy zaingerował wiedźmin, i jego upaprały krwią liżąc (uznajmy, że w ramach przeprosin za nieoczekiwaną spontaniczną akcję). Złapał każdego z kolejna za kark, docisnął do ziemi i przepędził do „budy”. Na koniec została Czarna z rybą w pysku, patrząc mu zuchwale w oczy i zrzucając ją z uśmiechem na pysku pod nogi.
-Zabieraj to i won do reszty! wydusił przez zęby z widoczną dla niej nutą humoru.
Podbiegł umorusany rybią krwią do rybaka i podał mu rękę, starając się uspokoić przerażonego człowieka, po którego krzykach, już nadciągali z odsieczą wartownicy. Nim się jednak obejrzał, na plecach czuł ostrze włóczni.
-O dobrodzieju!- rzucił się na niego niespodziewanie rybak, wciągając się po jego ramieniu i tuląc w rzekomego wybawcę. Wojowie oddalili groty.- Bracia! Żebyście to widzieli! – łapał oddech i machając rękoma wykrzykiwał do zdezorientowanych wojów.– Rzucił się na wilki, ledwo żem uszedł z życiem. Te krwiożercze bestie rozszarpały by mnie na strzępy, gdyby nie ten!– Utulił i ucałował wiedźmina. Nie brzydził się nawet krwi, taki był przejęty!
Wszystko żem widział! Całą walkę! To bohater! W życiu nie widziałem takich czynów! Chwała ci!- gadał jak pomieszany, ale w tym pomieszaniu była metoda… i bilet wstępu do osady.
Wiedźmin zdążył obmyć się ze smrodu rybich wnętrzności, składając myśli w oczekiwaniu na kolejne wydarzenia.
Zbudzeni wojowie, nie zdążyli nawet zapytać skąd wziął się Cudzoziemiec, bo kiedy usłyszeli wycie nienajedzonych wilków, nikt już nie zadawał pytań! –
Zwierzęta czekały aż wszyscy się rozejdą, by dokończyć konsumpcję i w końcu grzecznie wrócić do „budy”.
Rybak ugościł „bohatera” w swojej rodzinnej chacie. Rodzina spała twardo, nie było miejsca na przedstawienie. Zadowolony z przebiegu zdarzeń rzucił mokry płaszcz, ściągnął łachy nakrywając się baranią skórą zdjętą ze ściany i zasnął jak dziecko.

Handlarz

Sen w ciepłej chacie, na miękkim posłaniu był błogosławieństwem. Nie budzono przybysza, ale kiedy matka gotowała strawę i smażyła podpłomyki zapach unoszący się w jednoizbowym małym domu, zmusił gościa do otworzenia oczu.
-Niech wam będzie dzień dobrym! – wypowiedział ziewając i rozciągając się w cieple domowego ogniska, ustawionego na kamiennym stole pośrodku izby. Czwórka dzieci patrzyła na niego i chichotała, wskazując palcami jego blizny.
Wiedźmin nie chciał ich pokazywać, żeby nie budzić zbędnych podejrzeń.
Uprana i wysuszona– urodziwa kobieta podała mu koszulę, którą zeszłej nocy po ciemku rzucił w kąt, wraz z resztą mokrych rzeczy. Nie było ich tam. Suszyły się podwieszane na konopnych sznurach nad nim.
Dziękuję Ci, za uratowanie męża. – dodała. – Jesteś wojownikiem? zapytała nieśmiało.
– Kupcem z zachodu. -Skłamał nieprzekonująco.
– Czym handlujesz?– zapytała nieprzekonana.
– Zostałem okradziony i pobity. Włóczę się bezdomny, szukając braci i tak napotkałem twojego męża.
-Odzienie masz słowiańskie i język znasz dobrze…
-Wy słowianki nie dość, że piękniejsze od naszych kobiet, zaradniejsze, to i dociekliwsze!– zaśmiał się zalotnie, by nie zbudzać dalszych podejrzeń. – Jak bez języka miałbym handlować? A strój wygodniejszy wasz, na ten klimat. – Zauważył, że ludzie cichaczem zbieraj się pod domem. Pytania i wybór kobiety były oczywiście celowe, by poznać zamiary przybysza. Mówili, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle- i tak było!
Teraz, ostrożnie wypadało trzymać się roli, robiąc wywiad, by ustalić położenie, a może dyskretnie dowiedzieć się czegoś o wiedźmach i wiedźminach w rejonie.
Dostał pić i jeść. Zjadł i podziękował. Ogarnąwszy się, udał nad rzekę, obmyć porządnie twarz.
Teraz mógł trzeźwo rozejrzeć się po wiosce.
Wracając spotkał Rybaka, ale zapewne również nie było to przypadkowe spotkanie. Ten obserwował go, aby w tym czasie, żona mogła zdać sprawozdanie radzie. Wiedzieli już wszystko. Musieli zestawić informacje, rozszyfrować tajemniczego przybysza. Nie był wyjątkiem- robiono tak z każdym. Ciężkie czasy rodzą ciężkie zwyczaje! przechodziło to w nawyk. Stanowiło odskocznię od codziennej schematycznej pracy. Ludzie byli tu „swoi”, albo „obce”- bezkompromisowa zasada!
Witam Dobrodzieja mojego! -szedł doń z otwartymi ramionami. –Ostatnio niesie tu kupców z zachodu! – poklepał go w ramiona. Informacja, spodziewanie poszła w eter. Pytaniem było, czy kupią to kłamstwo i na jak długo.
Mamy tu już jednego takiego przybysza… ma srebro… -uśmiechnął się z zachwytu, kiwając głową. Przedstawię ci go!- wskazał ręką na karczmę.
Ten test mógł być ostatecznym. Ostatecznie mógł zepsuć dotychczasowy sukces. Nie mógł się wycofać w takiej chwili! Nie spodziewał się tak szybkiego zdemaskowania… nie był gotowy. Szli, a wiedźmin planował ucieczkę, szukając dróg ewakuacji. Po twarzach mijanych mieszkańców widać było, że to kolejna próba, na której wynik łakomie oczekują.
Weszli do środka. Przy stole siedział, pijąc drogi miód, barczysty mężczyzna. Spokojny, odwrócony tyłem, więc nie za wiele można było wyczytać z jego pleców…

Obcy

Czyli jednak przeznaczenie…– uśmiechnął się, lekko zakłopotany, ale za to miło zaskoczony… Gal.
–Witaj przyjacielu– odetchnął z ulgą, rozgrywając rolę wiedźmin, licząc, że przy tak licznie zgromadzonej i oczekującej przełomu publiczności, Gal będzie mu, mimo ostatniego „incydentu” wtórował i nie nazwie go wiedźminem…
O, jaka miła odmiana. – zdziwił się z charakteru powitania, ale rozejrzawszy się dookoła pojął szybko. – Co cię tu sprowadziło? Zasiądź i opowiadaj… PRZYJACIELU!-Zaakcentował uroczo.
Wiedźmin usiadł przy stole, a ludzie powrócili do swoich prac.
Opowiesz mi co tu robisz? Czy będziesz tak rozmowny jak poprzednio? – zaśmiał się towarzysz. – Zdaje się, że uratowałem ci skórę?-wyszeptał dumny z siebie.
Jestem kupcem z zachodu… -powiedział nachylając się nad stołem.
Rozmówca również nachylił się nad stołem, szepcząc, równie ironicznie poważnie:
To tak, jak ja!– po czym wybuchł śmiechem, tak głośno, że widzowie znów zwrócili na nich obu uwagę.- Nie lubią tu OBCYCH, ale lubią srebro! -wskazał na sakwę przy pasie- Kręci się w okolicy paru zbirów i sieją strach. Stąd ta ostrożność.
Ludzie północy?– dopytał.
Tak mówią, -machnął ręką- ale nie chce mi się wierzyć. Jakby tak było nie bawili by się z nimi.-Stwierdził, tym razem bardzo poważnie.
Zdrajcy? – zapytał raz jeszcze.
Tak sądzę. -podciągnął się na siedzeniu – Znalazłeś to czego szukałeś?
Nie. Ale po drodze napotkałem…. -wycofał się z tego słowa- Miałem problem z twoim byłym Panem. – wskazał delikatnie blizny.
Ścigał cię za obrazę, czy jak?– wyraźnie zaskoczony nachylił się i słuchał.
Wiedźmin znów ściszył głos.
Wpakowałem mu się w łapy przez głupotę!– Widać było, że już dawno nikt tak nie rozbawił Gala.
Słuchaj! Złapali mnie w obozie, ogłuszyli, uznali za złodzieja. Złożyło się, że on tam był… Powiedział że jestem jego własnością i sprzedał mnie jako chłopca do tortur! -Ze złości uderzył w stół. – Prawie mnie zabili!
Gal się wyciszył. Złożył ręce, uśmiechnął się szyderczo, westchnął i powiedział uczciwie:
Ten kupiec był chamem. Sprzedał by własnego brata, za dobrą cenę! … Ale to nie jest morderca! – spojrzał głęboko w oczy wiedźminowi- Nie rozumiesz? -wiedźmin patrzył z niedowierzaniem- Uratował Ci życie!
Co ty gadasz?! Zatłukli by mnie jak psa!-bronił swojego.
Ale nie zatłukli. -rzekł ze spokojem- Nie zatłukli, bo nie wiedzieli, kim byłeś. -sprecyzował, rozglądając się, czy aby nikt ich nie podsłuchuje- Wiedźmini nie służą kupcom-nikomu nie służą!? A złodziejom obcina się ręce.– pochwycił jego dłonie i zacisnął mocno.-Prawda?– zostawił czas na przemyślenie-Nie wszystko jest takie, jakie się nam wydaje, i szczerze… nie sądziłem, że ja cię tego będę uczył!
Nie do końca przemawiało to do wiedźmina, ale faktem było, że poczuł się nieswojo. Osłabiła to ta szczera wypowiedź. Nie był przyzwyczajony i miał żal do siebie. Teraz to on był głupcem.
To, co? Pozwolisz do siebie dołączyć, czy ciągle jestem OBCY?-przypomniał jego słowa.
Oba my są teraz obce! – Kupcy z zachodu… – zażartował.
Czyli? Zdolny jestem ci towarzyszyć w dyskusji? – droczył się dalej, ale tym razem z uśmiechem starszego brata.
Jest jeden warunek. Moi towarzysze muszą Cię zaakceptować! – powiedział stanowczo.
Te twoje demony?
…zasadniczo można je tak nazwać – przypomniał sobie scenę z zeszłego wieczora i zaśmiał się do Gala. – Czuję, że ci się spodobają…

Cham

Gal zawołał Karczmiarze, by ten napełnił naczynie najlepszym miodem jaki ma.
Już miał wznieść toast za – „Przeznaczenie”, kiedy za swoimi plecami usłyszał harmider, okraszony końskim rżeniem.
-Czuję, że zaraz poznamy tą hordę. – usiadł i gestem ręki uspokoił towarzysza.
Broń zapewne miał w pobliżu i jak się już dowiedzieliśmy, sprytnie i błyskawicznie potrafił nią władać!
Po kilku minutach wbili się do prawie pustej karczmy. Nie było wielką sztuką zauważyć dwóch siedzących mężczyzn, różnych od starych poczciwych rybaków, bo tylko tacy byli w tej wiosce. Brakowało młodych chłopców i wojowników. Nawet wartownicy nie byli specjalnie odstraszający, pomijając ich stare gęby.
-Witam panów cudzoziemców. -Ruszył pierwszy z trzech wielkich drabów i darł się do nich z końca izby, prześmiewczo kłaniając.
-Doszły mnie słuchy, że gościmy w naszym domu obcych przyjezdnych, „przyszłem” powitać.– doszedł do stołu i chwycił dzbanek, którym miał wznieść toast Gal.
Chciał go poderwać, ale silna ręka trzymała garnek jakby go przyklejono do blatu.
-No co jest? -Warknął złowieszczo, chcąc wyrwać kufel. Wiedźmin uniósł dzban i wlał do swojego kufla złoty płyn.
-Zatem i my witamy. Was i waszego Pana. – przechylił na zdrowie.
Drab oderwał rękę od kufla.
-Wasz Pan tak dba o nasze ugoszczenie, czy taki strach siejemy, że trzeba do nas aż siedmiu wojów wysyłać – policzył szybko: trzech weszło, jeden stał przy drzwiach dwóch się przewinęło w oknie futryny, dla równego rachunku dodał jednego.
-Pan? – warknął, jakby inaczej nie umiał. –Pan! – obrócił się do drużyny, a ta zrozumiała, że to jest śmieszne, więc zaczęli się śmiać. –Ja tu jestem Pan!
Gal odwrócił się do niego z talki wiedźmin pamiętał z ostatniego z nim spotkania.
-Zatem siądź jak Pan z Panami, a nie stoisz jakbyś na weselisko prosił! – powiedział dosadnie, ale jak miał w zwyczaju z pełnym spokojem w głosie.
Trzech osiłków zdębiało, takich gości jeszcze nie mieli, co by stawiali warunki.
-A wy kto? – wyciągnął miecz diabłów, reszta włócznie.
-Schowaj to. – powiedział wiedźmin. – Nie wyciągaj broni, jeżeli nie wiesz do kogo z niej mierzysz!
-Szczególnie takiej za którą możesz zginąć, z rąk tych, co nie tracą czasu na rozmowę. – Powiedział Gal, a kiedy to mówił, już ten miecz dotykał brzegiem szyi wroga.
-Zostaw! – Krzyknął przerażony. Reszta się odsunęła.
-Jak na moje oko, nie zabiłeś Diabła, więc skąd to masz chamie? – wyartykułował tak, żeby reszta słyszała.
-Zapłacisz mi za to… – wypowiedział „zaklęcie”, które przybliżyło ostrze, tak, że spod niego popłynęła wąska struga krwi. – Wyjść! – Jęknął do swoich z bólu. Oni jednak stali jak wryci.
-Chcesz mi coś powiedzieć? – spytał Gal.
-Wyjść mówię! – powtórzył i tym razem wyszli z chaty. Kiedy nie słyszeli przyznał się – Znalazłem go!
-No to masz szczęście… odrąbał bym ci tym łeb. – docisnął ostrze mocniej i poczuł smród docierający z gaci draba. Odepchnął go od siebie z obrzydzeniem i zawołał: – Żebym Cię tu więcej nie widział!
Uciekał bez miecza i bez władzy, odebranej wraz z nim.
-Wrócą? -Zapytał wiedźmin.
-Nie ci, to inni…
-Bierz swoją broń i choć pokażę ci swoich towarzyszy!– Wiedźmin, był ciekaw, gdzie przyjaciel ukrył narzędzie. Ale ten nie miał nic, innego poza odebranym, ciężkim mieczem, który wsunął za pas…
Przez moment nasz bohater był w takim szoku, że nie wydusił z siebie słowa. To miała być podróż do domu, a nie kolejna walka, dla walki. Zdawał sobie sprawę, że następna potyczka, z rozwścieczonymi bandziorami może się skończyć inaczej. Ani jeden ani drugi nie wiedział, czy to co widzieli, to była reprezentacja, czy całość drużyny.

Wódz

Podążali w milczeniu. W drodze do kryjówki wilków postanowił przerwać milczenie, ale nie wyszli daleko za bramę i znów zostali zaczepieni.
-Co wyście narobili! – wybiegł Rybak. –Teraz nas pozabijają wszystkich! – dookoła zbiegli się ludzie.
-Może czas się walczyć, albo chociaż zacząć bronić? -odwrócił się do niego Gal.
-Kim?! – spytał wymownie, wskazując starców i kobiety.- Nie zauważyliście kim jesteśmy? Już dawno zabrali nam synów, a resztę albo zabili na oczach matek i ojców, albo Ci poszli z nimi!
-Co ty gadasz? – zapytał nie dowierzając wiedźmin.
-To co słyszysz! Człowieku! Robimy na nich staliśmy się niewolnikami własnych dzieci!
-To już nie są Wasze dzieci!– wyrwała się ze zbieraniny, poznana rano kobieta. – Ojcze, daj mi mówić.
-Ojcze? – zdziwił się nasz bohater.– Co tu się dzieje?
Za nią wyszły kolejne kobiety w podobnym wieku. Miały widoczne ślady pobić i gwałtu, tłumaczące, gniew zmieszany ze smutkiem na ich twarzach.
-Jedynymi wojowniczkami jesteśmy my. Ale jak na razie, jak widać… nieskutecznie.
-Kto nimi dowodzi i ilu ich jest? – zapytał Gal.
-Drużyna nie jest spójna. Dowódcy się zmieniają. Jest ich koło 100 chłopów. Zbierają się z okolicznych wiosek. -mówiła pewnie. – Nie jesteście kupcami, czego tu szukacie? – zakończyła.
Panowie byli pod wrażeniem stojącej przed nimi kobiety.
-Przynajmniej wiemy, kto, tu dowodzi. – skłonił się- Jestem słowianinem, wędrowcem z niedalekiej północy…
-Wiedźmin?
-Tak mówią… -przerwał wywód, jakby coś go zatrzymało- A, to mój…– zawahał się, ale, kiedy zobaczył uśmiech na twarzy towarzysza, dokończył – przyjaciel, wojownik z zachodu.
-Pomożecie nam?
-Właściwie, to zmierzłem ku domowi.- spojrzał ze zdenerwowaniem na „przyjaciela”, który wpakował go w nową… sytuację.
-Dam czego potrzebujecie. – zapowiedziała przywódczyni.
-Szukam informacji… – próbował skorzystać z okazji… przynajmniej tyle.
-Mamy mapy!– słowo rozpaliło w bohaterze nadzieję. Zauważył to jego towarzysz i szybko zareagował:
-Nie możemy wam pomóc… -słowa wywołały oburzenie zebranych ludzi, co szybko wyczuł i dokończył-… w taki sposób jak oczekujecie. Lepiej by Wam było nas przepędzić, niż wywołać tu wojnę. Dużo umiem, ale nie chcę się przeceniać… – Oczyma wyobraźni zobaczył 100 wściekłych chłopa, pędzących na niego z włóczniami.
-Wypędźcie nas. Łatwiej nam będzie się ukryć w lesie niż w wiosce. – wycofywał się. Co miał do stracenia i tak się ukrywał.
-Możemy was też zabić i oddać w dowód służby.– Powiedziała bez wyrazu.
-Mówiłem, że jesteś bystra? – chciał rozluźnić atmosferę, ale z marnym skutkiem. – nie mówisz poważnie?
-Obawiam się, że to był rozkaz… przyjacielu. – wyciągnął ledwo co schowany miecz diabłów.
-Czas, żebym przedstawił ci, swoich towarzyszy – powiedział wiedźmin do druha.
Byli otoczeni przez wściekłych starców i demonicznie zdesperowane, wścieklejsze od reszty wojowniczki.
-Faktycznie, jest to odpowiedni czas na modlitwę…– zamiast niej, na okrzyk wiedźmina, jego oczom ukazały się cztery dzikie, wyglądające na jeszcze wścieklejsze, niż wszyscy ci razem wzięci, szare bestie. Ustawiły się naprzeciwko osaczonych i groźnie warcząc szczerzyły kły na gawiedź.
-Ja mam zawsze drugi plan. -mruknął dumnie do miecznika.
-Ucisz je. – podjęła decyzję. – Nie będziemy z Wami walczyć. Idźcie zdrowi! – jej decyzja była mądra, choć zaskoczyła zarówno jedną i drugą stronę. Ale była wodzem i właśnie to udowodniła.
-Czarna!-zawołał a psina stanęła przy nodze. Reszta położyła się na ziemi i grzecznie obserwowała.
Gal obserwował akcję z dumą – widział coś takiego raz w życiu, kiedy był dzieckiem i z biegiem lat zastanawiał się, czy była jawa. Nabierał pewności w siłę, sprawczynię tego spotkania.
-Mam prośbę, jeśli pozwolisz. -nie do końca wiedział czy dobrze robi, ale musiał wykorzystać okazję!– Mogę obejrzeć Waszą mapę?
-Jesteś Wiedźminem! Wpierw złóż przysięgę na Ziemię Ojców, że każdego zdrajcę, którego spotkasz zabijesz w imię Naszej wolności!
-Śmierć nie jest rozwiązaniem. – skrzywił się i rozejrzał po ludziach.-Byłbym takim samym niewiernym głupcem jak oni. Gdyby wszechświat miał być zależny od tego marnego życia i śmierci, co było by warte słowiańskie słowo, ta tradycja i historia. -patrzył, tym razem na nią wierząc, że zrozumie.
-Ja Tobie Daję Słowo! Nie jestem stąd, bogowie wasi mi obojętni. Służyć przysięgałem cnotom i sprawiedliwości: rzymianom, celtom, gotom i zaszczytem mi przed tobą przysięgać.
-Zgoda. -Wskazała ręką. – Przynieście mapy. -dwie dziewczyny pobiegły do osady. Nie macie już tu wstępu. Weźcie mapy i idźcie czym prędzej zdrowi!
Odwróciła się licząc na to, że reszta się rozejdzie w milczeniu… i tak też się stało.
-Na czyje imię przysięgałem? – spytał Gal.
Odwróciła się wśród rozchodzących się braci i sióstr:
-Wanda. – wyszeptała, a nocne echo zapisało jej imię w świętych konarach drzew.

Zmiana

Odebrawszy mapę, ruszyli natychmiast. Wiedzieli, że tym razem nie mogli zatrzymać się w żadnej osadzie – Zbyt duże ryzyko.
– Mogłem go zabić.-Powiedział stanowczo, ale spokojnie, Gal. Widocznie męczył go ten błąd w sztuce.
– Skupmy się na drodze. – skarcił go wiedźmin.
– Wiesz w ogóle gdzie idziemy?– nie był dłużny.
Pozostawił pytanie bez odpowiedzi patrząc na gwiazdę północy, wokół której wirowało niebo. Szli wystarczająco długo, żeby to zauważyć.
Noc nie jest najlepszym towarzyszem podróży. Wydaje ci się, że rozbijasz obóz w gęstym lesie, a rano budzisz się w zagajniku tuż pod obozem wroga…
Długo nie pospali, wilki wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca zaczęły ich wybudzać.
-Budź się! Zboczyliśmy z bezpiecznego kursu! – nie zdążył jeszcze dobrze się rozejrzeć, a już wiedział.– Wiedźmin, wstawaj!
Osada była nieopodal. Na tyle daleko, że wilki zezwoliły na nocleg i nie szczekały, ale za blisko, by czuć się bezpiecznym!
-Głodny jestem… – westchnął siadając, wpatrzony w cel- A może ich zaatakujemy? -zażartował, a przynajmniej wiedźmin miał taką nadzieję.
-Ruszajmy, nic tu po nas. – pośpieszał.
– W obozie jest tylko pięciu strażników. – zaśmiał się nie spuszczając celu z oczu.
– Nie możesz tego wiedzieć! – zaczynał się go bać.
– A ty, Nie jesteś głodny. – ciągnął swoje, spoglądając, to na miecz, to na wioskę.
– Gadałeś na mnie, ale to ty chyba nie jesteś do końca normalny…
– …Zaczekaj, zaraz wrócę. – zerwał się i pobiegł do wioski. Zrobił to tak zwinnie, że na darmo było go gonić.
Wiedźmin, zebrał majdan, a że nie było tego za wiele, to i nie było z tym problemu. Uczyli go, że musi być zawsze gotowy do drogi i nie może za sobą zostawiać śladów. Właśnie dlatego tak ciężko było odszukać prawdziwych wiedźminów.
Jego zachodni towarzysz obnosząc się z bronią doszedł do bramy i zaczął nią walić we wrota. Wartownicy spostrzegli go z daleka i schowali.
-Otwierać! -krzyknął.
Z brzozowego zagajnika patrzył z wilkami na tą niedorzeczność i nie mógł uwierzyć, że taki wojownik robi takie głupstwo.
– Jestem głodny i sam. Wpuście mnie! -Nie dawał za wygraną.
– Idź stąd! -Odkrzyknął wartownik.
– Zlituj się! – podniósł głowę w górę, by spojrzeć w okienko wartowni i przysłonił oczy ręką, chroniąc je przed budzącym się słońcem.
– Won powiedziałem! – Wartownik wykonywał ustalone polecenia.
– To jest ta wasza słowiańska gościnność! – podniósł ręce i czujnie odwrócił się, udając, rezygnację.
I wtedy właśnie otworzyła się brama a w niej stanął drab, z gojącą się raną na szyi – bohater ostatniej akcji i jego, ciut odmieniona ekipa.
– O! Jakaż niespodzianka! Wesoła gromadka i wasz Pan – obsraniec? – zaśmiał się.
-Czego chcesz? – Zapytał, trzęsąc się z niedospania i czując na plecach śmiech towarzyszy.
-Przyszedłem się najeść! – powtórzył znudzony- Ale widzę, że znów trafiłem na niegościnnych chamów.
– Gdzie twój towarzysz? – udając pewnego siebie dopytywał
– Tam gdzie twoje maniery! -rzucił, zmuszając nietęgie głowy do myślenia.
-Mogłeś mnie wczoraj zabić, nie zrobiłeś tego…-piana zbierała mu się do ust-Mówiłem, że będziesz tego żałował. – I tu się nie mylił. On bardzo żałował!
– Jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy… Ale przyszedłem to naprawić… Naprawdę jestem głodny!– ruszył znów za szybko dla zaspanych, nieprzygotowanych osiłków i przebił ich wodza celnie na wylot, łamiąc rdzeń.
Utrzymał go chwilę na mieczu, łapiąc oddech i płynnym ruchem uwolnił pięknie zdobioną broń od brudnego zdrajcy.
– Jednego chama mniej, Wando – powiedział do siebie.
Wtedy z krzaków wyła wataha. Wilki rzuciły się na ciało. A reszta obstawy z osady stała i czekała.
– Powitajcie nowego Pana!-Zakrzyczał ich myśli groźnie i stanowczo. –
-Sława Dowódcy! -krzyknął do przerażonych wojów wiedźmin- a oni ogarnięci strachem odkrzyknęli.

Dyktator

Wiedźmin patrzył na Gala coraz bardziej nieufnie. Na moment starał się potraktować go, jak przyjaciela… mimo uprzedzenia do innowierców, a szczególnie innowierców-najemników.
To oni bezkarnie zalewali krwią ziemie ojców. Oni winni byli sprowadzenia demonów zła w słowiańskie umysły. Mimo całej tej wizji coś go od początku do niego ciągnęło, a teraz nie pozwalało uwolnić się spod tej mocy! Smakowało jak strach, ale nasz bohater, wcześniej nie smakował takiego strachu. Czuł, że jest mu coś winien i musi to spłacić!
Ty! – krzyknął do pierwszego z obstawy, którą zasadniczo on wprowadził do środka, nie spuszczając z oka wartownika na wieży. – Zbierz ludzi. Chcę wiedzieć kim teraz dowodzę. – zaznaczył.
Już przy pierwszym spotkaniu widział ich niezorganizowanie. Dawało to wiele możliwości. Wyczuł je i planował, wyuczoną strategię od spotkania w karczmie.
W obstawie powinien mieć godnego, miana oficera. Nie miał. To, co stało przed nim nie nadawało się nawet na ochronę.
– To wszyscy?– patrzył na 40 osobowy szkielet drużyny. Zaczął się śmiać, a gdy ochłonął, wyciągnął z „tłumu” największego typa i zadał mu pytanie: – Kto jest Tu Panem?
Nie wszyscy – zbudzeni na zbiórkę- zdążyli się rozeznać w sytuacji, a ten jegomość do nich właśnie należał. Wielkolud w ramach odpowiedzi szukał po ludziach, tego, co leżał martwy pod bramą.
Gal silnie uderzył go bokiem miecza w nogi, a potem poprawił w plecy i klęczącemu robił głowę mieczem, rozbryzgując krew na zgromadzonych.
-Ja jestem Waszym Panem. – otarł twarz i splunął na trupa.- Jeżeli ktoś ma wątpliwości, niech wyjdzie na środek.– w śmiertelnie poważnej ciszy obserwował ich brudne mordy.
Widzicie ten miecz? Zabiłem wielu większych od niego w imię zasad, jakich mnie nauczono. – wskazał na trupa w kałuży krwi, potem patrzył uważnie przeszywając ich wzrokiem na wylot. – Nie macie zasad! Nie macie umiejętności, dyscypliny, BO NIE MIELIŚCIE WODZA!– Wykrzyczał. – TO SIĘ DZISIAJ ZMIENIŁO! – Uniósł miecz w górę.
Spodziewanie, jeden przez drugiego zaczęli krzyczeć unosząc broń i ręce. Tak samo jak Gal. -Sława Wódz! Sława!
Wiedźmin nie wznosił okrzyku. Stał i z obrzydzeniem patrzył na to, co wyprawia wojownik. To, co robił, było wbrew wiedźmińskim naukom.. Nie zamierzał od nich odstąpić, ale nie potrafił się odwrócić i odejść.
Wraz z przyjściem Gala odszedł jego skrzat. Wiedźmin dokonał wyboru, z którego zdał sobie właśnie sprawę.
W obozie nastały nowe rządy. Nie było to trudne. Gal wiedział o nich więcej z rozmów w karczmie, niż ledwo co przybyły wiedźmin. Cała ta hałastra powstała w wyniku poczucia strachu. Słaba, ale lojalna wodzowi grupa, wywołała rewolucję wśród upartych, oddanych starym zasadom starców i kobiet, nikczemnie ich terroryzując.
Przywodził nimi odtrącony przez wiec, gardzony przez innych i ośmieszany młodzian. Nagle, łapiąc w łapy Miecz Diabłów, wykorzystał swoją szansę, dorabiając do tego historyjkę. Stał się bohaterem i obstawił zaufanymi tępakami. Planem rządów była zemsta i upokorzenie, tych, którzy upokorzyli jego. Z czasem wobec takiej władzy buntują się silniejsi – co dała do zrozumienia Wanda. Zdrajcy giną, a ich śmierć osłabia armię – i tu miało to miejsce. Taka dyktatura umiera z Dyktatorem.
– Przepraszam, że musiałeś na to patrzeć. – wiedźmin siedział na kamieniu i udawał, że nie widzi rozmówcy. – Wiem, nie jest po twojej myśli… Ale zauważ, właśnie, śmiercią dwóch chamów uratowałem część twojego świata, a przede wszystkim wypełniłem Zobowiązanie.
– … właśnie śmiercią! – patrzył w otchłań.
– Musisz mi wybaczyć. – dodał. Najzabawniejsze, że faktycznie czuł ten przymus i w głębi duszy godził się na niego! -Przyniosłem Ci jedzenie. Zdobyłem też informacje o Wiedźminach… – odwrócił wzrok i skierował na Gala – jeżeli cię to interesuje – uśmiechnął się, z odrobinką szyderstwa.

Ślad

Kilka miesięcy wcześniej, armia liczyła koło 100 osób. Byli w niej głównie młodzi. Byli przekonani o swojej bezkarności i korzystali z niej. Napadali na wioski, grabili i gwałcili. Od Diabłów trzymali się daleko, chociaż ludziom wmawiali, że to przed nimi ich strzegą.
Zabierali z osad chłopców, a ci ginęli, często niezaopiekowani, z głodu, wycieńczenia, albo byli katowani, ku uciesze zgromadzonych.
Nie wszyscy jednak umarli. Część z nich -najmłodsi- była wyprowadzona pod osłoną nocy, do lasu. Wraz z trzema buntownikami, nieobojętnym na los dzieci. Mieli się udać do pustelni, na którą natknęli się podczas zwiadu.
Żył tam podobno ślepiec wraz z opiekującą się nim córką. Zapowiedział im, że oczyści ich dusze, jeśli dokonają słusznego wyboru. Tak podobno doszło do buntu.
Żaden z buntowników nie powiedział, gdzie jest rzekoma pustelnia, więc ludzie ginęli a wraz z zabójstwami umacniała się rewolucja. Wzrastał szał dyktatora.
-… Oni wiedzą, gdzie jest pustelnia. To zakończyło by się i beze mnie, ale z większym rozlewem krwi. Teraz jestem im potrzebny bardziej niż myślałem – powiedział zwiastując rozstanie. – To są pogubieni ludzie. Znam ten stan bardzo dobrze. powiedział wspominając bolesny okres życia- Zapewne się jeszcze spotkamy, jestem o tym przekonany. – uśmiechnął się.
Wiedźmin też był pogubiony. Logika mówiła o Galu „Mędrzec”, a serce „Złoczyńca”. Nie był przekonany czy to, co słyszy jest prawdą, czy przemyślaną grą, w którą chce go wciągnąć.
Tak. Tak będzie dobrze. – popatrzył mu jeszcze raz w oczy. –Co zrobisz, jak ich… „nawrócisz”?
Serce mówi, że będę się starał o Wandę. Rozum, że o jedność z tymi ludźmi. – zadeklamował.
Wiedźmin, poczuł, że Gal go przejrzał i czuł się z tym nieswojo. Zazwyczaj, to była jego rola, ale coraz częściej dostrzegał, że ma do czynienia z równym… a nawet „silniejszym”.
Tu. – wskazał Palcem na rozwiniętą mapę samozwańczy wódz. – Idź zdrów! Pomyśl o mnie, a ja się zjawię z pomocą!– położył rękę na ramieniu i przyjaciel odwdzięczył się tym samym gestem.
Zwinął płócienną mapę, wstał i powiedział na odchodne:
Tam pójdę i obym znalazł to, czego szukam. Ty zaś bądź ma moje wezwanie! Życzę Ci byś był z Wandą, choć ciężko to widzę! – uśmiechnął się na samą myśl. I ruszył – Bądź zdrów.
Wiedźmin zebrał wilki, ale Gal miał jeszcze coś do powiedzenia.
Jeden z mężczyzn przyprowadził konia, z przerzuconymi przez niego pełnymi sakwami.

Ubożęta

Najedzone wilki gnały za galopującym koniem, jednak najstarszy z nich zaczął niedomagać i trzeba go było zarzucić na siodło. Nie było dla niego lekarstwa na starość, znane wiedźminowi. Szczęście, że według mapy znajdowali się już niedaleko. Teraz wiedźmin miał do oporządzenia duży dobytek, z którym już nie tak łatwo było się schować przed katolickim okupantem i jego krucjatą.
Weszli w głąb lasu. Nie było śladu chaty, ścieżki, ani zapachu dymu. Zaczął się zastanawiać czy aby na pewno jest u celu. Dalej szli pieszo, prowadząc konia z przerzuconym przez siodło zwierzęciem. Zatrzymali się nad strumykiem. Wiedźmin widząc, że staruszek jest bezwładny, ściągnął go i kładąc się na plecach ułożył jego wielkie cielsko na sobie.
Dasz radę stary druhu! -Powiedział trzymając jego pysk. Ale ten już miał mętne oczy.
Nie zostawiaj nas! – nie doszliśmy jeszcze do celu.
Wilki obeszły ich i patrzyły. Czarna doszła pierwsza i zaczęła lizać brata. Poddawał się bezwolnie sile jęzora. Nawet nie był w stanie utrzymać sztywno pyska. Jego oczy odpływały w sen wieczny. Bez bólu, bez męki, na ciepłym posłaniu- człowieku, którego uratował, a teraz on prowadzi jego duszę.
Wierzono w to, że duch zwierzęcia zostaje tam gdzie jest wataha. Wspiera ją i umacnia. Dlatego ludzie boją się wilków. Mówiono, też, że człowiek, który uratował, bądź dbał o dzikie zwierze, temu zwierze będzie służyć za życia i po śmierci. Na pamiątkę tego wiedźmy i wiedźmini wyprawiali skórę tego zwierzęcia, robiąc z niej talizman, ale również element ochronny. Wierzono bowiem, że skóra ta, czy futro, mogą ochronić od nieuczciwej śmierci zadanej z włóczni, miecza, lub strzały.
Ciało starego wilka nagle straciło na wadze, a czarna zrozumiała, co się wydarzyło i przestałą lizać chłodnące ciało. Wiedźmin wtulił jego pysk w twarz zasłaniając łzawiące oczy.
Prowadź nas przyjacielu.-szepnął do ucha w nadziei, że wilk spełni wolę.
Wataha zaczęła wyć. Dając o sobie znać w gęstym, ciemnym lesie.
Nagle psy nastawiły uszu i ucichły. Z krzaków doszedł ich szelest. Zwróciły tam oczy, ale z przeciwka dobiegł ich następny. Zdawało by się jakby byli otoczeni.
– Kto tam?– krzyknął zdejmując wilcze futro z klatki piersiowej. Nie usłyszał odpowiedzi, ale mignęła mu przed oczami wystający z krzaków czerwony stożek. Koń stał nieruchomo, ale i on poczuł zdenerwowanie i parsknął.
– Czarna – bierz go! – pochwycił ją i wydał jasne polecenie, do wpatrzonej w cel. Suka ruszyła jak z procy w pościg, a wiedźmin za nią. Kiedy dobiegł wilczyca szczerzyła kły opierają łapy na dzieciaku w czerwonej czapce.
-Ktoś ty? – ledwo zdążył zapytać przerażone dziecko, a już usłyszał za plecami szczekających dwóch pozostałych towarzyszy broniących rżącego ze strachu konia.

Czuł, że są otoczeni i uświadamiał sobie, że to ich właśnie szukał. Ściągnął Czarną z młodego, podniósł go i trzymając za głowę, zwrócił się prosto w oczy: -Jestem wiedźminem. Szukam ślepego starca! Przychodzę w pokoju. -Zerwał z szyi słowiański ośmioramienny symbol i wcisnął mu w spoconą, brudną, małą rączkę. -Daj mu to – Poczekam! -Uśmiechnął się w przerażone oczy. – Pokaż mu to i Powiedz, że czekam! – puścił dzieciaka i biegiem wrócił do miejsca, gdzie uwiązał konia.
Opłukał twarz w strumieniu i siadł pod drzewem.
A teraz tu poczekamy. – zwrócił się do zwierząt.

Mistrz

Zapadał zmierzch i nikt nie podchodził do ognia, gotujących się ziół. Było ich w tej krainie pod dostatkiem. Każde służyło innej przypadłości. Trzeba było wiedzieć, jak je spożywać, a wiedza ta, była przekazywana od pokoleń. To tu, zapuszczali się mędrcy z odległych zakątków świata, by znaleźć gatunki roślin utrzymujących i ratujących życie.
W podarowanych przez Gala sakwach, były przedmioty, brakujące od dawna naszemu bohaterowi: gliniane oraz metalowe naczynie, koc, koszula, a nawet nóż, większy, niż kozik wiedźmina, dzięki czemu mógł wreszcie zadbać o siebie i powiększony dobytek.

Sieroty obserwowały go z daleka. Taką pracę, poza zbieraniem chrustu, miodu i jagód, miały Ubożęta. Mówili o nich ludzie na zachodzie: Koboldy, a na wchodzie Kraśniki, a dalej Krasneludki.
Czapki, co je miały na głowach, rozróżniały od krzaków, chroniły głowy i ułatwiały odnajdywanie się. Dzięki nim były wyższe. Używały ich też, jako worki na skarby, znoszone pod koniec dnia do swojego Mistrza.

Nadeszła wyczekiwana chwila. Na brązowych, kudłatych, niskich koniach wjechali wojownicy, uzbrojeni w włócznie. Okrążyli dwa razy ognisko wiedźmina, wyprawiającego rytualnie, wilczą skórę. Był skupiony, a zachowanie wojów było oczekiwanym wprowadzeniem Mistrza.
Wojowie stanęli na bokach i skierowali końskie łby naprzeciw siebie. Milczeli.
Wiedźmin oderwał wzrok od pracy i zarzuciwszy skórę na plecy powstał.
Mistrz ceremonialnie został wprowadzony na koniu przez kobietę. Ta, sprowadziła starca z rumaka, podała mu lagę i wycofała się, a na jej znak konna ochrona.

– Co Cię do mnie sprowadza chłopcze? – podszedł do niego i zapytał z zamkniętymi oczami ślepiec.
– Szukam Mistrza, zdolnego mi pomóc. – skłonił się.
– Słucham? -zasiadł wyczuwając ciepło ognia.
– Wiedźmin, który mnie nauczał zmarł kiedy miałem 17 lat. Wcześniej chorował. Poddał się złości i uwolnił demony, a te odebrały mu rozum i mowę, skazując na śmierć za życia. – opowiadał ze spokojem, choć wyczuwalne było przejęcie. – Nie byłem mu w stanie pomóc. Stałem się dla niego opiekunem, tak jak on był moim. Nie starczyło mi sił wykonać jego życzenia, pozbawić go cierpienia.
Po jego śmierci ze strachu zarzuciłem nauki…
– zamilkł.
– Twoja obecność o tym nie świadczy. – czekał.
– Długo odrzucałem wedę. Głupcom łatwiej się żyje. Bałem się że jak i mój mistrz w tej drodze nie dam rady. – powiedział na jednym oddechu i zaczerpnął powietrza, żeby się uspokoić.- Kiedy jednak poczułem, że mogę władać swoimi demonami, podjąłem próbę. Nie miałem dość wiedzy, aby je upilnować, ale próbowałem ją zdobywać.
Wtedy nie sądziłem, że one też rosły w siłę…
– Mistrz, przerwał jego wywód.
– Które z nich doskwierają Ci najbardziej? -zapytał mądrze, jakby znał dalszy ciąg.
– Poskromiłem już wiele z nich.
– Dobrze. Nie jesteś głupcem. Ale nie o to pytam.
– Nie umiem ich nazwać. – odrzekł pewnie.
– Jeżeli nie znasz jego imienia nie będzie Ci służył.
– Chcę, żebyś go wskazał, pomógł go nazwać, bym mógł go przekląć i oswoić.
– Muszę Cię dobrze poznać. Twoje słabości. Demony… wydajesz się być uczniem, na którego czekałem, ale… – przeciągał.
– Mistrzu, czego potrzebujesz, żeby mi pomóc, wzmocnić. Odnaleźć drogę do „mądrości absoulutnej”! – błagał. Słysząc zaakcentowane ostatnie zdanie, zwrócił głowę ku niemu i otworzył przerażające perłowe oczy-tak jakby go zobaczył.
– Na dzisiaj wystarczy. Odpoczywaj. – Zwrócił mu naszyjnik. Obrócił się, a kobieta z koniem, wyszła z cienia i odprowadziła starca.
Nie odezwał się. Dręczył go upływający czas, a zwodzenie, było udręką.
Każdy człowiek w ciągu swojego życia odnajduje siedzące w nim potwory. Niektóre się budzą, uśpione niegdyś, siłą wolnej woli, ale są też takie, które zapraszamy do siebie na własne życzenie. Człowiek, niepanujący nad swoimi słabościami, nie powinien dopuszczać się złośliwości wobec innych, przeklinania. Zapraszane demony potrafią nim owładnąć, a głupcy nie zauważają jak stają się posłusznymi niewolnikami!
Mądrość absolutna to dar, o którym tylko słyszał. Jego mistrz nie zdążył jej w sobie odnaleźć. Są legendy, mówiące o świetle, zaklętym w sarkofagu, lampie, puszce… każdy lud ma taką, swoją historię. Światło to, otwiera oczy nieśmiertelnej duszy – pozwalając zapanować nad wszystkimi dotychczasowymi życiami. To opowieść przenoszona od pokoleń wiedźmom i wiedźminom, kapłanom i druidom. Zapisy pochodzą jeszcze z czasów kiedy na świecie była jedna weda, jeden język i jedno pismo.
Wiedźmini mówią: „Żeby zmierzyć z tą siłą trzeba nauczyć się siebie i poznać wszystkie i okiełznać, własne demony.”

Weda

Noc była niespokojna. Dręczył go realistyczny sen:
Widział swojego starego Mistrza, zdrowego, ale nie mógł go usłyszeć! Ten mówił do niego spokojnie, ale słowa nie mogły się przebić. Nasz bohater próbował do niego podejść. Im bliżej podchodził, tym silniej widział swoje odbicie, w granicy dzielącej od nauczyciela. Kiedy jej dotknął ujrzał siebie w świetlistej kuli, w drugiej swojego Mistrza. Obraz się oddalał, a między nimi wyrastało blado cieliste drzewo. Nagle kule się zamknęły i otworzyły. Raptem obraz się oddalił i ujrzał przerażające oczy ślepca, w nich, niczym dwa małe punkty zaklęci byli obaj.

Kiedy wybudził się ze strachu, stały przed nim otwarte. Zerwał się i podczołgał na plecach, na drzewo, pod którym spał.
Opanuj strach! – powiedział ślepiec, zamykając oczy. Wilki leżały spokojnie, a koń nawet nie parsknął. Tym razem nie było widzów. Siedzieli naprzeciwko siebie.
Ci, którzy nas szukają wiedzą, to co my. -powiedział starzec – To jest powód naszych prześladowań.
Światło istnieje? – dociekał, zsuwając się z drzewa.
– Ta wiedza cię nie ocali! Unikaj takich pytań, póki nie będziesz gotowy, żeby pojąć odpowiedzi.
– Jak się przed nimi bronić? – Nie bronimy się przed ludźmi. Możemy być dla nich niewidzialni. Nie zauważą nas – wystarczy wiedza. Poznaj ich imiona i kieruj nimi, jak oddechem.
-Uwolnij energię ducha-wziął głęboki wdech, złożył ręce i delikatnie rozszerzył -Niech zapłonie – między dłońmi pojawiło się światło – ugaś je – zmieniło się w parę i wzleciało – uwolnij – złożył dłonie, a para opadła w postaci pyłu na ziemię.
Nastała cisza. Mistrz otarł ręce o siebie i położył na kolanach.
To, co widziałem… ?– chciał zapytać wiedźmin, ale nie potrafił dobrać słów.
– To, chciałeś widzieć. -wstrzymał mowę, jakby wstrzymując czas- Inni mogą patrzeć i nie dostrzegą nic – to nie sztuczka, którą oszukasz głupca. Głupcy nie zdają sobie sprawy ile można na tym świecie zobaczyć. Ludzie żyją złudzeniami i ochoczo się nim poddają. Ale nie ty…
– To mnie czyni wiedźminem? – spytał pewnie.
– Uważaj na tego demona. Nazywa się „Pewność”!-dotknął czoła rozmówcy.- To wybudzacz. Niepilnowany potrafi wybudzać uśpione „Pychę”, „Zuchwałość” i masę innych. -Zdjął palec z czoła i kontynuował – Stworzyliśmy dla naszych braci, tych mądrych i głupich podstawę do zrozumienia siły demonów. Ubraliśmy je w ludzkie ciała i opowiadaliśmy o nich dzieciom, by rosły w mądrości ojców… Wydaje się, że wszystko na nic! Pojawili się Ci, którzy dla władzy wykradli wedę i stworzyli własne demony, nazywając je w obcym nam języku, a ich imiona utrzymując w ścisłej tajemnicy. Nie zdradzili nawet imienia tego, który wodzi na pokuszenie! Miną wieki, póki zrozumieją, co stworzyli i jak są słabi by go okiełznać. Stworzenie demona skupiającego inne – niesie za sobą nieograniczone konsekwencje. Będą musieli otoczyć kulę Ziemską, żeby go kontrolować. Zawierać układy i gromadzić rzesze wiernych w modlitwie, by go poskramiać. Wystarczy jednak, że jeden się wyłamie. Zarazi innych. Wtedy świat spotkają klęski.
A gdy ludzie odejdą od nowej wiary, od niego, świat spotka koniec.
Kiedy to wypowiedział, jego ręce zmrowiło.
Wiedźmin słuchał uważnie – połykał każde słowo. Po chwili zapytał.
Czy światło może to zmienić?.- Jego też przeszedł dreszcz. Ale musiał wiedzieć.
Wiedz, że światło jest dla silnych. – nie chciał, ale czuł, że nie może zostawić młodziana bez odpowiedzi. Jego dni były policzone, a pamięci duszy nie da się w pełni kontrolować. – Znajdziesz odpowiedź! Drogą do bytu jest wizualizacja. Twoje demony – wskazał na wilki – One doprowadzą cię do tych, co wiedzą więcej niż ja!
To są moje demony?– Patrzył na posłuszne mu bestie i zaczynał rozumieć, choć miał jeszcze pytania, które musiał zadać!
Ślepiec wstał z kolan, odwrócił się i szedł do swojego konia, mówiąc:
– Kolejne imię to „Niecierpliwość”. Naucz go posłuszeństwa i wracaj do żony, byś zdążył przed śniegiem. Kiedy syn się narodzi, pomyśl o córce, a potem znajdziesz tych, którzy cię oświecą! – dosiadł konia i zniknął w krzewach.
Zwierzęta stały bez ruchu. Dopiero, kiedy się poderwał, te zareagowały. To, co się stało było czytelne. Trzeba było wracać, i już wiedział, kto go poprowadzi bezpiecznie do domu.
Demony znały polecenie i cel.

ROZDZIAŁ III.

Reklamy