Wiedźmin, ten który wie (r.3)

ROZDZIAŁ II.
ROZDZIAŁ III.
Podrozdziały:
1.Dom2.Szeptucha3.Zima4.Nadzieja5.Brat6.Córka7.Zaraza8.Podstęp9.Trucizna10.Nawia11.Złudzenie12.Magia13.Zew

Dom

Droga była prosta i bezpieczna. Nic nie mogło zatrzymać naszego bohatera. W jego głowie widniała tylko jedna myśl – być w upragnionym domu przy kochanej żonie.
Wiedział, że zaskoczy ją swoim przyjazdem.
Każdy fragment drogi, przybliżający go do niej, podniecał bardziej.
„Człowiek (jak by powiedział skrzat), jest takim stworzeniem, które nie doceni dobra, bez wysiłku dążenia, ku jego osiągnięciu…
A czy, nie jest tak, że bardziej od celu, raduje nas sam proces jego osiągania?” – Przemyśliwał, goniąc wilki.
Weszli w bliski mu teren. Był w domu!
Z pagórka, na którym stali, widać było rzekę, przeradzającą się w jezioro. Przy jego brzegu rozlewisko porośnięte po horyzont gęstą, ciemną puszczą, rozdzieloną obrośniętymi wysoką trawą i tatarakiem. Rozdzielały je alejki przejrzystych, pełnych ryb, wąskich rzek.
Przed wpływem strugi do zbiornika stała potężna osada. Z niej wywodził się i mieszkał nasz bohater z żoną, nim wygnano ich na banicję.
Tam się urodził, kształcił, poznał swoją miłość i zaznał zdrady braci i sióstr.
Po strasznej śmierci jego dziadka, Wiedźmina-Bednarza (robiącego beczki), ludzie prosili bogów o wybaczenie, a jego uczeń wycofał się z dalszej posługi ludowi na rzecz nauki. Nazwali go młodym wiedźminem-cjciał tego, czy nie, przejął tytuł po dziadku. Wyruszył na kilkuroczną wędrówkę. Z niej przyprowadził innowierców, zwanych misjonarzami. Znaleźli wspólny język i prowadząc rozmowy o duszy, wartości życia, śmierci i bogach. Zestawiali poglądy ubierając je w słowa. Znali głagolicę, ale przeinaczali ten alfabet i jego nazwę. Uczył ich więc i uczył się od nich. Kiedyś obudził go płacz dziecka bratanicy. Ruszył na pomoc, a wraz z nim jego przyszła żona. Znali metody leczenia, naturalną rzeczą była pomoc. Dziecko wiło się niespokojnie po słomie, a każdy kto doszedł do niego był przezeń odpychany z siłą nierówną dziecku. Budziły się w nim demony z jego poprzedniego życia. Wspomnienia, z którymi nie radziło sobie ciało, pół rocznego berbecia. Demony chciały nim owładnąć i potrzeba było pomocy mędrca, by je uspokoić. Taki szok mógł zniszczyć delikatną powłokę – ciało, w którym ledwo co, zamieszkała pamiętliwa dusza.
Misjonarze widząc zjawisko zaczęli odprawiać swoje modły w obcym dla słowiańskich demonów języku. Takie zachowanie mogło wybudzić kolejne, a nawet ściągnąć obce. Zobaczywszy pogańskie zwyczaje młodego wiedźmina, jeden z nich odepchnął go agresywnie od dziecka, wprowadzając na siłę własne. Widząc to wiedźmin, starał się nie dopuścić do zasad niezgodnych z wedą i obrzędem. Doszło do przepychanki. Włączył się w nią ojciec dziecka i rzuciwszy się na mnicha, został przez niego dźgnięty nożem. W napływie szaleństwa zabił niespokojne maleństwo, odcinając mu główkę.
Ludzie nie wytrzymali tego widoku! Mężczyźni rzucili się na misjonarzy by wymierzyć sprawiedliwość. Drugi w szoku, widząc pożogę starał się uciec, nie mając nic wspólnego z dziełem brata, lecz dorwali go! Nasz bohater stanął w jego obronie, ale lud żądał śmierci za śmierć i zagroził, że i jego spotka równa kara.
Misjonarzy zabito, a ciała spalono. Nie zostało po nich śladu. Wiedźmin za sprowadzenie obcych, a wraz z nimi nieszczęścia został wygnany. Za nim odeszła zakochana w nim szeptucha.
W osadzie nie było innych wiedźminów, więc potrzebujący szukali go na rozlewisku. Z czasem każdy znał miejsce ich kryjówki, więc potajemnie udawano się doń by leczyli, wskazywali rozwiązania. Małżeństwo znało swoją powinność – pomagali ludziom. Kiedy Wiedźma zaszła w ciąże, bratanica wiedźmina dowiedziawszy się, przeklęła dziecko.
Pamiętnej nocy do wioski przybył wiedźmin, prosząc o pomoc ludzi, ale został odprawiony przez tych, którym mimo doznanych niesprawiedliwości, pomagał. Na nic się zdały łzy w jego oczach i błaganie. Ludzie, udawali, że nie mają nic z nim wspólnego i „przywdziali maski” obojętności.
Wrócił do kobiety, a ta w bólach poroniła dziecko, ledwo uchodząc z życiem. Krzyki zostały zapisane w echu na bagnach i straszą mieszkańców wioski, omijających te tereny, bojąc się klątwy. Żadna klątwa nie padła nigdy z ust bagiennych mędrców, mimo to bratanica umarła w cierpieniu, a ludzie chorowali, nie potrafiąc się pozbyć krzywdy.
Wiedźma przez długie miesiące milczała płacząc po nocach, a mąż nie zostawiał jej na długo. Pewnego razu miała sen. Zachowała go w tajemnicy. Nazajutrz przytuliła męża i odezwała się ciepło. Nastąpił przełom. Poprosiła go o to, żeby kontynuował nauki. Zdobywał upragnioną wedę i walczył o dziedzictwo ojców. Po pierwszej rozłące, miała kolejne sny. Umacniały ją w postanowieniu i napawały szczęściem. Były też takie, co rodziły smutek, ale uśmiechała się wówczas, szukając pocieszenia w naturze. Obserwowała motyle, słuchała ptaków, patrzyła jak pająki tkają sieci… wyciszała się i uspakajała.

Wiedźmin widząc osadę musiał zmierzyć się z przeszłością. Przyszła do niego jak wiatr przeszywając ciało. Nie potrafił im wybaczyć, braku zrozumienia. Głupoty.
Omijając wioskę ruszył w kierunku ziemianki, licząc, że napotka tam utęsknioną, brzemienną żonę.

Szeptucha

Nieopodal ukrytej w trawach ziemianki samotna kobieta zbierała jarzębinę, obrastającą brzegi doliny. Odwróciła się, słysząc kopyta pluskające w błocie. Odsłoniła czarne włosy, opadające na oczy, a blask jej, słodkich, malinowych ust, zrzucił go z konia, by mógł ją wtulić w ramiona.
Rany jak ty cuchniesz! – powiedziała do niego, śmiejąc się i odpychając męża.
Spodziewałem się innego powitania – stał z rozwartymi ramionami, jak strach na wróble.
A ja innego zapachu! No szybko, raz, bo chcę się wtulić w męża! – pośpieszała radośnie. – Masz tu mydlinę i szoruj się brudasie! – rzuciła mu przytroczony do pasa woreczek.
Jak się dobrze namydlisz, to ci pokażę jak się bardzo stęskniłam! – lepszej motywacji nie potrzebował.
Szorował się tak, jak już dawno tego nie czynił… bo po co, komu…
Mężczyzna bez kobiety jest jak ziemia bez wody. Kobieta daje poczucie bycia wojownikiem, to dla niej się pręży i do jej stóp składa upolowaną ofiarę. – Twój zapach, dotyk, barwa głosu są jak powiew wiosennego wiatru po burzy. Wszechświat został nam podarowany w mistycznej kobiecie – matce, kochance, bogini wojny i pokoju!
Mów mi tak! Mój gawędziarzu – leżała nago, na jego nagim ciele, a jej skóra błyszczała w blasku ognia, rozgrzewającego gliniany piec.- Odwykłam od twojego głosu! – dotknęła pieszczotliwie jego policzka i poklepała żartobliwie.
Mam przestać? – udał że się zbiesił.
Och nie! Chętnie przywyknę ponownie!– odpowiedziała, a on objął rękoma jej brzuch.
Jak sobie radzicie? – zapytał całując kochankę w szyję.
Jak widzisz, ja jestem gruba, a mały kopie po nocach! -pogadała.
Witalny chłop. Myślałaś o imieniu?
Tak. Boleczaj!Znaczyło to, ten który oczekuje lepszego.
Dobry znak. -ściągnęła jego ręce, układając je na piersiach.
Pokaż mi jeszcze raz jak się stęskniłeś, skoro ci nie przeszkadza, że jestem gruba. powiedziała układając się na boku i… ogień buchnął w piecu.

Oddawali się sobie póki starczyło im sił. Na koniec legł zasypiając, a ona jeszcze przez chwilę patrzyła na jego zabliźnioną twarz, odkrywając w milczeniu historię tej wyprawy. W końcu i ona zasnęła.
Chłód stygnącego pieca obudził Wiedźmina. Zarzucił na siebie skórę i wyszedł po drzewo, narąbanego przed wyprawą, tak by starczyło na zimę, jakby się z nim co stało.
Był to dzielny, czyli gospodarny mąż. Czasem, nie umiał zadbać o siebie, ale nie szczędził żonie, a niegdyś bratu i przyjaciołom.
Wilki czekały na komendę. Nie pokazał ich jeszcze żonie. To miała być niespodzianka… historię związaną z nimi chciał zostawić na inny, niż pierwszy dzień spotkania. Wszak nie przynosił żonie z wypraw kwiatów, ani sukien… Nie wiedział też czy z wilków się ucieszy.

Nie musiał długo czekać. Demony wbiegły do ziemianki wywracając go w wąskim przejściu i robiąc raban, tak, że zbudziły wiedźmę, wtulając się w jej chłodne, miękkie ciało.
Chcesz mnie zabić? – wyłupiła zaspane oczy.- Co to za wilki? – zapytała onieśmielona.
Wiedźmin, wstał z kamiennej posadzki, zaczął zbierać drzewo i cedził słowa, czując odbite kamienie na jego nagich pośladkach. – To miała być niespodzianka!-liczył na zrozumienie.
Czekał, aż dostanie po łbie, ale okazało się, że:
Są piękne! I takie ciepłe! I nie śmierdzą! – zachwycała się… w końcu były to, idealne na zimową porę trzy piękne, żywe, rozkoszne futra.

Zima

Ostanie dni spędzili na opowiadaniu. Nie miał przed nią tajemnic, więc nie szczędził szczegółów. Płakali i śmiali się, nie zaniedbując obowiązków, które miały na celu przygotowanie do zimy.
Babki i dziadkowie mówili dzieciom: Bądź dzielny!. Zaklinając ich, by byli zdolni gospodarować swoimi zapasami w ciągu roku, a szczególnie zimą.

Zima to pora Welesa, władcy podziemi. Zimą świat zamiera, a życiodajne wody skute są lodem. Ludzie siedzą w swoim przybytku dłużej, bo i noce są dłuższe. Korzystają z plonów ponad ośmiomiesięcznej pracy.
Tak wyglądał słowiański świat. Wyznaczany przez opiekunów liczony od pory Swaroga – lata, do następnego lata, w którym to hojny bóg, czyli dobrodziej, obdarzał świat, energią Słońca, a wraz z nią, życiem, rodzącym życie i pozwalającym cieszyć się w pełni tym, co ono daje. Prawo nakazywało umiar, dzięki temu starczało dla wszystkich, wszystkiego. Ojce, naszych dziadów, okupili tą wiedzę głodem i śmiercią, więc weda ta, była szanowana i przestrzegana.
Na jesień, porę Roda, całe rodziny pracowały na dobrobyt, zgodnie z naturą, myśląc o następnych pokoleniach, aby i im starczyło zawsze darów słowiańskiego świata. Zachłanność i chciwość była surowo karana – cięgami, banicją, a w ostateczności śmiercią. Ta ostatnia dla bezpieczeństwa dotykała najczęściej obcych. W ten sposób pozbywano się ciał i dusz, co podobno wracają skąd przyszły, bojąc się słowiańskich demonów strzegących to miejsce od granic.

Padam z nóg. -oświadczyła kobieta.
Nie dziwota! -popatrzył wymownie na jej brzuch.
Drugie dziecko sam sobie będziesz nosił. – odparła szyderczo, jak przystało na wiedźmę.
Ja noszę drzewo na opał, wodę…– zaczął wyliczać broniąc się logicznie, ale kiedy w grę wchodzą kobiece emocje, logika jest bronią obusieczną. Broń ta staje się tępą z jednej strony, więc wyjątkowo zadaje rany w jednym kierunku. Zatem, logicznie, w takich przypadkach, zalecano milczenie.

Wściekły! – zawołała, równie wściekle. U jej stóp potulnie ułożył się wilk. Zdążyła wyrobić sobie ich posłuszeństwo nazywając demony. Wyciągnęła kawałek suszonego królika i dała mu z ręki. –Będziesz bronił mojego syna!– chwycił, a następne czekały, oblizując pyski.
-Czujny! Masz to dla ciebie!– wezwała kolejnego.
Ciebie, Czarna nakarmi ten zuchwalec! -wskazała na męża, rzucając jedzeniem w jego stronę.
Wiedźmin złapał, śmiejąc się z kobiety wymownie i podał psinie.
Chcesz jeszcze coś powiedzieć? – zapytała przewrotnie. Ale on skorzystał z nauki milczenia i głaskał żującą mięso, wilczycę za uchem.

Żyli ze sobą jak przyjaciele. Potrafili rozmawiać o wszystkim – jak mężczyzna z mężczyzną, kobieta, z kobietą. Żalić się, radować. Pięknie się kłócili, choć czasem wzywali demony tak silne, że gliniane garnki nosiło po ścianach… potem, równie płomiennie się godzili.

Zacni mędrcy uczyli o wielkiej równowadze świata. Nic w naturze nie ginie i nic nie dzieje się bez przyczyny. Uczono, by w życiu, rozmowie, opowieści dbać o harmonię. To ona służyła wiedźminom, by dalej nauczać, rozstrzygać spory i snuć mądre baje. Trzeba więc wiedzieć kiedy i jak się odezwać – ale ważne jest też, kiedy i jak milczeć.

Co nic nie mówisz? Głodny jesteś? – zapytała męża. – zaraz dam Ci jeść. – powiedziała potulnie. – Męczy mnie ta opowieść o ślepcu. Czemu Wiedźmini nie potrafią mówić normalnym językiem, tylko stosują te wszystkie ceremoniały… Śmieszyło mnie to wejście konnych, o którym mówiłeś. – mieszała strawę nad ogniem.
– Widocznie dało mu to poczucie władzy. Ludzie lubią sztuczki. – Podszedł do niej od tyłu i przytulił.
– Uważaj, bo wylejesz! – wydała praktyczną uwagę – Ktoś, kto ma prawdziwą moc nie musi się popisywać. -dokończyła wywód.
– Nie widziałaś i nie słyszałaś jeszcze obrzędu katolików!- zaśmiał się odsuwając od szeptuchy.

Nadzieja

Po zimie, łaskawej tego roku, nadeszła Wiosna – pora Mokoszy. Powrót ptaków zwiastował nadejście nowego, odrodzonego świata. Ludzie porządkowali izby, wyzbywając się tego, co niepotrzebne, zeszłorocznego kurzu.

Bóle, uciski u wiedźmy pojawiały się już dosyć często. Było wiadomo, że czas narodzin się zbliża. Wilki strzegły kobiety tak silnie, że nawet jej mąż musiał uważać. Wściekły wziął sobie mocno do serca słowa opiekunki i warczał nawet na Wiedźmina. Aura zwierząt odpychała złe energie. Jak przystało na wiedźmińskie dziecko, narodzin wyczekiwano w święto mocy – okres pełni Księżyca.
Wiedźmin, zbierał chrust, przewidując, że noc będzie długa, gdy nagle usłyszał przeszywający dźwięk z ziemianki:
– Radomir! – rodząca wykrzyczała imię Wiedźmina, tak jakby wezwała demona, którego imię znali nieliczni!
Ten jak stał, rzucił wszystko i wpadł do chaty jak po ogień, przemył ręce w naparze z pokrzywy, padając przed żoną na kolana.
Ta dyszała nerwowo, bijąc pianę z ust i krzycząc na męża po imieniu!
Biedak zachowując zimną krew odrzucił mokre płótna, chcąc odebrać poród.
Wiedźma pochwyciła wilki za futra, prawie zdzierając je z ciał, ale te mimo, iż jęknęły z bólu, były jej posłuszne. Wydawało się, że wszystko było jej posłuszne!
Zaparła się nogami o męża i wbijając go w pokrytą drzewem glinianą ścianę wypchnęła z siebie dziecko drąc się jak opętana!
Tej nocy wilki wyły do Księżyca. Każdy, kto je słyszał, wiedział, że wydarzyła się rzecz ważna.
Słońce odbijało się na jego tarczy, tworząc czerwonawą łunę. Był to znak dla zdrajców i morderców, by mieli się na baczności przed starymi bogami. Sprzyjali im mieszkańcy puszczy: wilki, lisy, rysie, jelenie, niedźwiedzie, orły, sokoły oraz zwierzęta mniejsze i wszelakiej maści owady.
W tak cudownych okolicznościach przyrody, na świat przyszedł Boleczaj.
Narodziła się nadzieja.

Brat

Twarz Księżyca patrzyła na Wiedźmina. Lśniąca bielą, niczym czaszka z przerażeniem w oczach, coraz to bardziej zbliżała się do jego twarzy. Światło biło boleśnie. Odwrócił się od niego. W cieniu ujrzał miotające się dziecko. Chciał pomóc, ale kiedy wyciągnął ręce, z jego szyi rozlała się krew i głowa odpadła, turlając mu się pod nogi. Ujrzał w niej twarz swojego brata i Głowa przemówiła:
Ratuj nasze dzieci!

Wiedźmin zerwał się spocony z posłania. Czarna szczeknęła ostrzegawczo. –Cii…– uciszył psa i skierował wzrok na płaczącego syna, a matka uspokajała roczne dziecko, grzejąc się z nim i wilkami przy ogniu.
– Śpij! nic się nie stało, widocznie miał marę senną. – Powiedziała widząc męża.
– Ja też. – powiedział przecierając oczy i ściągając pot z czoła.- Widziałem twarz brata! Analizował sen.
– Dawno nie było go w twojej głowie. – potraktowała sen poważnie. – z czym przychodzi? podeszła do niego z dzieckiem na rękach i usiadła czekając na odpowiedź.
– powiedział: Ratuj nasze dzieci!– spojrzał w oczy ukochanej.
– Dawno nie byłeś w wiosce…
– Dawno nikt mnie do niej nie zaprosił -odrzekł podirytowany. – Zapomniałaś? -Przywiał okrutne wspomnienia.
– Minęły trzy lata… Mamy upragnionego syna. Może i ludzie zmądrzeli? Tam są nasze rodziny.
-Moja rodzina jest tutaj! – odrzekł stanowczo i wziął od niej syna na ręce.
– Uspokój się. Tego chcesz nauczyć swoje dzieci? – wprowadziła męża w nowy temat. Zobaczył jej uśmiech i zrozumiał, że jest znów brzemienna.
– Nie zostawię Cię znów samej! – zdążył powiedzieć, a Wściekły zaszczekał zaznaczając swoją służbę i gotowość do pilnowania rodziny.
-Nie będę sama. Dałeś mi syna i ochronę. -wtuliła się w jego plecy, a on patrzył rozświetloną twarz dziecka. – Wyszłam za wiedźmina! Musisz iść… i musisz wrócić. Takie twoje przeznaczenie!
– Muszę poskładać myśli.
– Musisz posłuchać duchów. Zawierzyć intuicji. To musisz zrobić!– wtuliła się mocniej.

Dziecko zasnęło pilnowane przez wilki. Zwierzęta strzegły przez złem, ale nie mogły powstrzymać przeznaczenia.
Historia zatoczyła koło, trzeba było zebrać majdan i wyruszyć w drogę, tym razem stary koń służył pomocą.
Ucałował syna, poczochrał futra wilków i skierował wzrok na żonie, mówiąc:
Na pewno tego chcesz?
Nie pytaj mnie o takie rzeczy. To twój obowiązek i dobrze o tym wiesz. -wyciągnęła z torby Motankę – słowiańską lalkę dobrych życzeń. Przedstawiała kobietę bez twarzy, z chustą na głowie. Na jej placach był worek podróżny.
– Niech Cię strzeże, przed złem i innymi kobietami!– uśmiechnęła się, a w uśmiechu zapisała wszystko, co chciała nim powiedzieć.
– Dziękuję!– Powiedział i wsiadł na konia, by szybko ruszyć do starej wsi i nie przedłużać bolesnego rozstania. Wilki stały cierpliwie, ale Czarna nie wytrzymała. Podniosła błagalnie pysk, patrząc na matkę z dzieckiem.
Poradzimy sobie. – powiedziała spoglądając w smutny pysk, sama mając łzy w oczach
No dalej! Biegnij! – zezwoliła, a wilczyca wypruła szczekając za wiedźminem w stronę jego rodzinnej osady.

Córka

Przeprawa do wioski, nie była łatwa. Na bagnach trzeba znać dobrze teren. Każde drzewo, głaz jest oznaczeniem, wskazówką. Mokradła były cmentarzem dla amatorów i zwierząt niezwyczajnych grząskiej ziemi. Sama w sobie odległość od osady, była spora. Wyjść z bagien, przejść przez gęstwinę i obejść wielkie jezioro, spędzało dzień marszu. Konno wiedźmin obrał inną drogę, dłuższą, ale jak na konny środek transportu, jedyną słuszną.

Nie śpieszył się, żeby nie męczyć towarzyszki. Przewidywał, że na wieczór dotrze do celu. Przewidywał, (zarazem, taka też była jego decyzja) że nie będzie nocował w wiosce.
Nie był gotowy na konfrontację z mieszkańcami. Wahał się. Na dobrą sprawę, w głowie miał tylko głos brata ze snu!
Scenariusz uzależniał od tego, co wydarzy się na miejscu. Wiedział, że nie musi czuć się zagrożony ze strony dawnych współbraci. Gdyby chcieli jego śmierci – co było niezgodne z prawem- już dawno, zabili by go, albo spalili jego dom. Przecież nieoficjalnie, większość wiedziała gdzie mieszka ich stary uzdrowiciel.

Latem dzień był dłuższy. Jeszcze przed zachodem słońca, poczuł z drogi dym palenisk.
-Moja stara wioska już blisko! – powiedział do Czarnej, która też wyczuła ten zapach i zrobiła się ostrożniejsza.

Oczom jego ukazała się osada, ale nie taką pamiętał! Udał się pod bramę, niepilnowaną, rozwartą. Zatrzymawszy się przed nią, zsiadł z konia i ostrożnie wszedł do środka.
Dym palenisk, które czuł, był w rzeczywistości dymem ze spalonych, jeszcze tlących się trzech hat. Na środku zamiast drewnianych figur przedstawiających opiekunów słowiańskiego świata, stały pale. Czterech osiłków zdejmowało z nich kilkudniowe trupy, układając je na platformie paleniska. Patrzył ze smutkiem i wrogością. Zastany scenariusz nie odpowiadał żadnemu z założeń, budowanych podczas drogi.
Nie to jednak przykuło jego uwagę, lecz postać, odwrócona tyłem, wpatrzona w zgliszcza.

– Co tu robisz!? – krzyknął oskarżająco!
Gal odwrócił się i milcząc przez chwilę czytał z wiedźmina, jak z otwartej księgi.
– Jesteś głupcem, jeżeli uważasz, że to moja robota! – wyrzekł jednoznacznie.
– A jak mam to pojmować? – słowa nie grały tu tak znaczącej roli jak gesty, mimika twarzy…
-Miałem sen!-wyczekał, zdając sobie sprawę z brzmienia wypowiedzianych słów- Śniło mi się dziecko, krzyczące, wołające o pomoc… – Mówił obserwując przyjaciela. – To ty mi wytłumacz co, tu robię!
– Jak tu trafiłeś? – spytał podejrzliwie.
– Jej spytaj! -wskazał palcem na chatę. Dochodziły z niej głosy rozmów. Budynek był długi, z niskim wejściem, pozbawiony okien.
Wszedł do środka, a Czarna została przy Galu, łasząc się, jakby chciała wynagrodzić zachowanie Wiedźmina.
Wszedł do środka, a tam siedziały dzieci. Chłopcy i dziewczynki. Ich wiek był różny, ale wszystkie tak samo przerażone i brudne, jakby były światkiem wyjątkowego okrucieństwa. Mówiła do nich dziewczyna, którą wiedźmin już widział, w takim samym półmroku. Nie rozpoznał by jej, gdyby nie zwróciła się do niego:
– Mój ojciec kazał cię pozdrowić. -powiedziała córka Mistrza-ślepca. Przypomniał sobie jak przyprpwadziła swojego ojca-Mistrza tamtej pamiętnej nocy, przed powrotem do domu.
– Czyli tak było pisane. – spuścił wstydliwie wzrok, a po chwili podniósł na moment, by rozejrzeć się po twarzach dzieci.
– To wiedźmin… szeptali, ci, co pamiętali wuja, wychowującego opowieściami i uczącego pisać i czytać głagolickie runy.
Dziewięcioletnia dziewczynka z długimi jasno-blond warkoczami podbiegła do niego, żeby go przytulić. Zapadła cisza. Dzieci patrzyły.
Były kiedyś światkami wygnania banity. Pamiętały też, kiedy ostatni raz przybył do wioski i jak potraktowali go ich rodzice. Nie rozumiały wszystkiego, ale rodzice różnie o nim mówili… Przeklinali go, wychowując młodych w pogardzie do nauczyciela.
Widząc oczy dziewczynki zrozumiał, że ta widzi w nim wyłącznie, czystą nadzieję!
Ratuj Nas -powiedziała od serca i nagle w swojej głowie zobaczył migawki obrazów, doprowadzających do bólu, tak silnego, że złapał się nerwowo, za głowę.
Ratuj Nas wujku! – Echo odbijało się od ścian. Pochwycił dziewczynkę i przytulił mocno, ból ustał, a mała zaczęła płakać, wtulając się jeszcze mocnej.
Córka Mistrza patrzyła na tą scenę i dopowiedziała, to, co niewymówione wisiało w powietrzu:
Zdaje się, że tylko ty im zostałeś.
Dzieci zaczęły się schodzić do niego, jak do wytęsknionego rodzica. Płacz łagodził ból, usuwając bariery, demony różniące nas z innymi ludźmi: strach, złość, niepewność, uprzedzenie i pogardę.

Zaraza

Wiedźmin wyszedł na plac i zobaczył jak Gal oczyszcza plac ze zwłok i krwi.
– Jestem Ci winien przeprosiny.
– Jesteś mądrym człowiekiem, ale nie oceniaj ludzi swoją miarą. – odparł mało przyjaźnie.
– Sam wiesz jak to wygląda… – próbował wytłumaczyć, ale Gal zakończył rozmowę.
– po prostu się zamknij i posłuchaj! – odwrócił się do niego i opanowywaną agresją chwytając go pewnie za koszulę wyrzekł:
Mam dosyć twoich ocen! Ale moje życie splata się z Twoim i nie mamy na to wpływu! Ja to wiem i szanuję, ty masz z tym problem. Po prostu czasem się zamknij, odwróć wzrok i nie wyrzyguj na mnie swoich… problemów!– Puścił go w taki sposób, jakby wbił go w ziemię. Ruszył przed siebie, odwrócił, cofnął się i wymierzył w jego łeb palcem wskazującym- zawsze szukając w człowieku zła je znajdziesz! Wtedy módl się, tak jak potrafisz, żebyś go nie wybudził!– Szedł energicznie w stronę jeziora, obmyć zakrwawione, śmierdzące rozkładającym się mięsem dłonie.
Osamotniony wiedźmin zdał sobie, po raz kolejny sprawę ze swojej głupoty. Popatrzył w oczy Czarnej, licząc na współczucie, a ta warknęła na niego, jak nigdy dotąd.
I ty przeciwko mnie? wiedział, że popełnił błąd. Nie tłumaczył go już. Starał się poukładać wszystko, nie stawiając siebie w centrum… to była kolejna nauka, od prawdziwego przyjaciela – tego, który wstrząśnie tobą w potrzebie tak, że cię nie zabije… a w pewnym sensie narodzisz się na nowo.
Miał wyraźny problem. Nie był w stanie iść do dzieciaków. Gal musiał odpocząć teraz od jego towarzystwa, ale czas nie tylko goi rany, potrafi je też pogłębiać, rodzić niepotrzebne tezy.
Gdy wrócił przeszedł obok niego zuchwale, lecz mimo chwilowej wściekłości zawrócił.
Widząc załamanego wiedźmina podał mu rękę.
– Nie zadręczaj się przyjacielu. – wyciągnął manierkę z miodem, trzymanym od ostatniego spotkania.
– Nie wiem co powiedzieć! – spojrzał mu z żalem i wstydem w twarz.
– I dobrze! Czasem wypada mądrze pomilczeć, na mądre tematy. To ponoć rozróżnia nas od głupców!- zaśmiał się i milczeli, pijąc, śmiejąc i znów milcząc.
Czarna z córką Mistrza-ślepca zajmowały się dziećmi, starając je wyciszyć, uspokoić ich przerażone, telepiące się serca, nie dające im zasnąć. W końcu pospały się. Najmłodsze wtulone w wilczycę, a dalej, jedno wtulone w drugie.

-Jak do tego doszło? – przerwał milczenie wiedźmin.
-Przybyliśmy za późno! -odpowiedział – Widziałem tylko jak nabijają ostatnich na pale.
Kiedy zobaczyłem ogień ruszyliśmy na osadę. Było nas trzydziestu konnych. Zaskoczyliśmy ich. Ci, co uciekli… ruszyli na nich moi ludzie – mam nadzieję, że wrócą jutro. Jeśli nie, będziemy mieli poważne kłopoty.

Radomir chwycił pochodnię i doszedł do stosu z ciałami. Podpalił go. Błysnął jasny ogień, w którego blasku ujrzał na miejscu spalonych chat, nałożone na siebie szkielety.
– Nie spóźniłeś się! – powiedział zażenowany – To ja się spóźniłem!
Zrozumiał to, o czym jego przyjaciel wiedział od początku. Ludzi podzielono, zamknięto w chatach – Dzieci oddzielono od rodziców, patrzyły na ich śmierć-wskazał palcem na zgliszcza-spalono ich żywcem w zamkniętej chacie. Jak w klatce! Młodzi,jak mniemam mieli zapłonąć jako ostatni, umrzeć ze strachem zapisanym w duszy. mówił Gal, porządkując myśli rozmówcy.
Strach ten miał być przypisany do Panów-złych, nielękających się starych bogów-dobrych.
– Kto się tego dopuścił? To nie jest robota ludzi północy! – zsumował.
– Nie znane mi są przypadki, żeby kapłani południa plamili sobie ręce pogańską krwią… osobiście. – mówił analizując doświadczenia.– Tu, sądzę, że widziałem kapłana. Wraz z nim byli ludzie stąd! Nie były to zwyczajne chamy, ale sformowana, przygotowana do walki część silnej drużyny. Lękam się, następnych. Opisywał.
– Zostali dokończyć, co zaczęła drużyna… Dlaczego to robią? – Zapytał.
– Szukają wiedźminów?! Chcą zetrzeć starą wiarę na pył, a pył puścić z dymem?! -odpowiadał retorycznie
– Do tej pory szukali też niewolników… -zaprzeczył jego tezom.
– Obawiam się, że nie mamy czasu na tą rozmowę.– wtargnęła w rozprawę, przysłuchująca się temu córka mistrza.
– Mówiłem Ci, nie schowam teraz ponad czterdzieścioro dzieci w lesie! – Zapowiedział Gal – Moi ludzie niedługo tu będą. Nie spodziewam się wielkiej armii wroga! – słowo wielkiej zostawił bez wyjaśnienia- Broniąc się tutaj, mamy większe szanse, niż oni atakując. Moi ludzie mają doświadczenie w takich warunkach. Wykorzystamy teren. Mamy też wilki!– liczył na towarzyszy wiedźmina.
– Jednego. – oznajmił Radomir.
– A gdzie reszta? – zapytał zdziwiony.
– Pilnują mojej rodziny… – odpowiedział, wiedząc, że nie zadowolił wojownika.
W tej chwili w bramę wjechali konni. Czwarty zsiadł pośpiesznie oznajmiając Galowi sytuację:
-Wodzu, schwytaliśmy ich, ale okazało się, że to była pułapka… – dyszał, próbując zebrać słowa. Reszta patrzyła na reakcję, a on pędził słowami:- Wyszli z lasu i kazali nam położyć broń, mówili, że nie chcą rozlewu krwi. Pytali kto nami dowodzi – ten kapłan zadawał pytania w innym języku, nie rozumiałem… tamten wojownik od nich tłumaczył… ja powiedziałem, że wódz nasz, to Gal, z zachodu. – wziął oddech – Pytał o czary…yyy, pytał o ludzi południa… Powiedziałem, że obce nam te sprawy. Kazał powiedzieć wodzowi… Tobie, byś się więcej nie wtrącał do spraw, o których nie masz wiedzy – zganił się widząc jego spojrzenie i poprawił – Takie były jego słowa wodzu! Powiedział, że ten lud opętała ZARAZA!-wydusił z przerażeniem- Zaraza nie do wymazania za życia i, i na koniec kazał nam zostawić broń i zabrać konie. Puścili nas żywych! padł na kolana-Nie każ nas, jeśli źle uczyniliśmy! Daruj. Mówił, że nie wrócą jak to uczynimy i kazał nie iść za nimi! Obiecał przysięgając na BOGA, że nic nam nie zrobią nam i żeby „spalić to robactwo” póki się nie lęgło! Tak mówił! Tak mówił! – powtarzał z przerażeniem, bijąc się w piersi.
Gal spojrzał na wiedźmina:
Co myślisz? -zapytał.
A jak wrócą?– pełen obaw odparł.
– Jak nie przybędą moi ludzie z wioski, to nas zabiją… – uśmiechnął się- Co myślisz o tej zarazie? Zwrócił wzrok ku chacie.
– Obaj mieliśmy sen, obaj tu jesteśmy! – przyznał się. – Dalej nie rozumiem za wiele, ale chyba dzisiaj tego nie poskładam przy świetle tych płomieni. – wskazał na płonący wielkim ogniem stos słomy i gałęzi, po czym stojąc nad nim w ciszy oddali hołd zamordowanym, wierząc że ogień wypali z nich krzywdę i wprowadzi w nowy byt.

Szpieg kapłana schował się w lesie. Widząc ogień w osadzie, błędnie go zinterpretował. Pognał donieść wodzowi o wykonaniu zadania… pozbyciu się ZARAZY!

Podstęp

Wiedźmin miał dobre przeczucie, spał spokojnie.
Przed wzejściem słońca przybyła oczekiwana drużyna Gala. 44 osobowa, uzbrojona grupa zameldowała się Wodzowi i rozstawiła w lesie. Od strony jeziora teren był niechroniony. Nikt nie spodziewał się łodzi, a zbiornik był głęboki. To zwiększało szanse taktyczne obrony.
Wewnątrz zostawili łuki i dzidy. Do walki zebrano też broń, zastaną w osadzie: dzidy, widły, topory i kamienie.
Konnych było 10-ciu, reszta piechoty.
Ich głośne wejście do wioski wystarczyło, żeby zbudzić wszystkich wewnątrz.
Rozbudowałeś drużynę! -Radomir patrzył z podziwem na zorganizowany szyk.
Dzieciaki dorosły. Zebrało się kilku z okolicznych wsi… Mówią o nas, że ściągam ludzi z pól… – opowiadał- Potrzebują tu ochrony i ją dostają..
Drużyna „Polan”. -powiedział wiedźmin.
Dobrze ujęte! Jak patrzę na nich, to nazwa ta jest dobra. Bo, z pól jak z pól, a i płoną do walki, jak polana w watrze! wskazał palcem młodych, rozstawiających gorliwie łuczników na wartach.
Dyskusję przerwała córka mistrza:
Daj mi swoje konie! – rozkazała.
Nie ma mowy! – odepchnął ją słowem Wojownik.
Tu jest wóz. Na wóz wejdzie 15 dzieci, reszta dosiądzie koni, po dwóch, trzech na konia. Dasz mi obstawę, konie wrócą do ciebie, jak tylko dowieziemy dzieci w bezpieczne miejsce. – Nalegała.
Chyba nie wiesz o czym mówisz, kobieto! -Gal bronił swojej racji- Każdy konny jest tu na wagę złota, a oni wrócą! Po za tym, o jakim bezpiecznym miejscu ty mówisz? Każde z tych dzieci ma wyrok śmierci…
Każdy z nas ma wyrok! – odważnie krzyknęła.
Ja pojadę z nimi! – przerwał dyskusję wiedźmin.
Zastanów się! – chwycił go za ramię.
Wiem, że masz rację, ale pomyśl! To ona wskazała ci drogę. Zaufaj! – patrzyli sobie w oczy.
Mogę ci dać trzech ludzi i sześć koni.-Przeliczył. – Z twoim będzie siedem. -Zwrócił się do przyjaciela, kręcąc głową i wzdychając.
Zbiorę dzieci. -Kobieta udała się do chaty, a wojownik zwrócił się jeszcze raz do przyjaciela:
Przemyśl to! -upomniał- Nawet nie wiesz, czy ona ma jakiś plan!
Obaj wiemy co mamy robić! – Uścisnął go i udał się obejrzeć wspomniany wóz.
Gal dosiadł konia, by zbadać sytuację, wydać rozkazy.
Wóz wyglądał solidnie. Trzeba było zrzucić siano i zaprzęgnąć konie… dwa konie.
Kiedy skończył, dzieci zebrały się na placu. Kobieta upychała najmłodszych, tak żeby weszło ich jak najwięcej.
Mniejsze mogły wejść z jeźdźcem na koń po trzy, ale dużo było starszych.
Musicie zostać z Wodzem. Pomożecie w obronie. Tu przyda się każda pomoc. Wrócę po was! Powiedział chcąc nie dopuścić do dyskusji. Wiedział, że kolejny raz tym dzieciom rozbija się rodzinę, odłączając od rodzeństwa, ale nie było wyjścia! Liczył, że konie dźwigną wóz i droga w nieznane nie okaże się katorgą!
Życz mi szczęścia!– krzyknął Gal wracając z obchodu.
Dysponuj młodymi!-przekazał pozostałe dzieciaki pod dowództwo- Mają pozostać żywi!
Tego nie obiecam, ale jakby się nie udało, obiecuję, że spowolnimy ich drużyny na tyle ile się da! – Mówił tak, jakby czuł ich nadchodzące szyki.

Wyruszyli. Konie mozolnie ruszyły wóz, wypchnięty przez wojów pod górkę. Radomir wciągnął na koń tyle dzieci ile zdołał. Kopyta, z początku, uginały się pod ciężarem, do jakiego nie były przyzwyczajone.
Dookoła panowała cisza. Dzieci nie gaworzyły. Wszystko zdawało im się koszmarnym snem, z którego nie potrafią się wybudzić.
Kierunek ich drogi wyznaczała szeroka, otwarta ścieżka, którą tu przybył. Musieli się jej trzymać z racji na wóz. Podążali tak w górę i dół, wolnym tempem, trzy dni. Konie padały z sił. Dzieci z głodu zasypiały w drodze. Często schodzili z koni by pchać wóz, dając zwierzętom odrobinę wytchnienia. Czarna, zdawało się, dodawała im otuchy szczekając, liżąc i popychając łbem ich nogi, kiedy przystawały z bólu. W końcu dotarli w teren kamienisty, do zrujnowanej osady.
-Tu rozbijemy obóz.-Zatrzymała karawanę Przewodniczka.
Zwierzęta uwolniono z ciężaru i w pierwszej kolejności zajęto się nimi.
Kobieta ściągnęła dzieci. Obrośnięte zgliszcza, starej wioski, chroniły przed słońcem. Część dzieci weszła pod wóz. Na jej komendę zaczęli zbierać drzewo na opał i budować ognisko, a także naczynie z wszędobylskiej gliny, wypłukiwanej na brzegu jeziora, nad którym zbudowano i tą osadę.
Teren był urozmaicony białą skałą i naniesionymi głazami. Wioska stała na wielkopowierzchniowym nasypie wyróżniającym się w panoramie. Od wody dzieliła ją pionowa skarpa, do której prowadziło wąskie zejście. Wiedźmin obszedł teren dając odpocząć koniu. Taką fortecę widział pierwszy raz w życiu. Ruiny wyglądały na stare, ale ktoś tu przed nimi był… i to niedawno. To go zaintrygowało i skierowało do przewodniczki.
Doszedł do Córki Mistrza, nieufnie pytając o dalsze plany.
Tu spoczniemy. Konie nie pójdą dalej, są wycieńczone. Przygotowuję strawę – Jesteśmy tu bezpieczni. – Powiedziała z dziwnym przekonaniem.
Ulepiono świeże garnki i ustawiono je na ogniu opalając z zewnątrz, kiedy garnek pękał, uzupełniała go gliną od środka. Kiedy wyschły w ogniu, do środka wlano wodę i oczekiwano jej zagotowania. Następnie zaczęła wrzucać, to co zebrali z dziećmi: grzyby, jagody, larwy, zioła… tworząc pożywną papkę, o suchym, glinianym posmaku naczynia.
Wojowie i wiedźmin mieli swój gar. Garnki nie były duże, ale wystarczyła łyżka, żeby zaspokoić pierwszy głód. Byli zmęczeni nieustanną podróżą i bezwolnie zasnęli, pilnowani przez kobietę i dzieci.

Trucizna

Słońce było w zenicie. Gorąc opiekał mu twarz. Otworzył oczy. Ból głowy potęgowało uderzające, oślepiające światło z nieba. Sygnały docierały z opóźnieniem. Jego ręce odzyskiwały czucie, a twarz była totalnie znieczulona. Chciał się podnieść, ale ziemia chwiała się, pod jego nieruchomymi stopami. Próbował ocenić sytuację z kolan, unosząc głowę w górę. Kiedy tylko to zrobił, zwymiotował przed siebie. Chwycił ręką otępiałe czoło, jakby chciał zatrzymać bujający się obraz. Trzej wojowie leżeli nieprzytomni, a dokoła nie było nikogo! Stały tylko konie.
Czarna!– odruchowo przywołał wilczycę, po czym ponowiły się torsje.
Czarnej nie było.
Odepchnął się od ziemi, ale był w stanie, kołysząc się, zrobić kilka kroków, po czym uderzył o ziemię plecami, w tej pozycji zasypiając.
W sennej otchłani dostrzegł brata. Szedł do niego, trzymając dziecko na rękach.
-Uratowałeś je!- powiedział. Próbował porozmawiać, zadać pytanie, ale nie mógł. – Uratowałeś je wszystkie! Nie obwiniaj się. Liczą się tylko młodzi – DAJ IM NADZIEJĘ!– mówiąc rozbłysł w świetle, które ponownie rozbudziło bohatera.
Otworzył oczy i ponownie z jego ust wylał się narkotyk.
Powoli budzili się wojowie, reagując tak jak i on.
Gdy już mógł wstać, przegotował wodę i poił strutych, by odzyskali siły.
Kiedy organizm oczyścił się wystarczająco, kazał im dosiąść koni i wracać.
Zabronił opowiadać o tym co się stało!
-Przekażcie Wodzowi, że dzieci są bezpieczne! – Ci, oszołomieni jeszcze, przyjęli polecenie i ociężale wsiadając na wypoczęte konie, ruszyli ścieżką.
Został sam. Ciągle czuł zmęczenie, głód. Nie był zdatny badać sytuacji, całą swoją siłę zużył przed chwilą.
– Czarna! – ponowił wołanie. Ale tak jak wcześniej nie było odzewu. Legł ponownie i zasnął, licząc, że we śnie znów odnajdzie odpowiedź.
Wieczny duch, którego każdy z nas posiada, widzi więcej, niż oczy i mózg zdążą przetworzyć. Zdając się na ducha, czy też jak mówią – instynkt, widzimy świat z perspektywy doświadczenia wielu żyć, nie pamiętanych przez ciało, ale odbijających się w naszej jaźni. Te obrazy zostają przeważnie w Nawi, świecie umarłych, ale rwą się do Jawy, nękając nas swoją niezrozumiałością, niekiedy doprowadzając słabe ciało do szaleństwa. Sprawą wiedźmina jest kontrolować ciało i umysł – duchem. Żeby to zrobić trzeba zrozumieć kim, bądź czym się jest… do tego dążył nasz bohater.
-Nie ogarniesz demona, nie znając jego imienia! – słyszał głos dziecka, ale szukał miejsca, skąd dochodził.
Głos był bez echa, wytłumiony, ale nie ustawał… Nagle z ziemi wyłoniły się dłonie, które pochwyciły go za nogi i zaczęły wciągać pod ziemię…
Obudził się!
Sen był tak realistyczny, że powstał na równe nogi. Zbiegł ścieżką do jeziora, ocucić twarz.
Doszedłeś do siebie? Spytała stojąc za jego plecami przewodniczka dzieci. Na kolanach trzymała półprzytomną Czarną.
Co ty zrobiłaś? – chciał się na nią rzucić, ale nagły wzrost ciśnienia krwi, powalił go prawie na ziemię.
Spokojnie. Nic się nikomu nie stanie. Powiedziała, kładąc otępiałą wilczycę na trawie.
Wprowadzę Cię w Niwę, ale tylko Ciebie. -wyciągnęła do niego rękę i pogłaskała jego głowę wcierając w nią ocucające i orzeźwiające krople.- Nikt inny nie może się dowiedzieć o tym miejscu, dla dobra tych i wielu innych dzieci. – Czarna, wstała i podczołgała się do wiedźmina, powoli starając utrzymać się na łapach-Jest tak jak powiedział ojciec. Przepowiednia się sprawdziła.
Odzyskiwał swobodę ruchu, a ból ustawał. Ustała też złość i chęć walki z dziewczyną.

Nawia

Podeszła do niego i podała mu rękę:
Na imię mam Dobromiła – powiedziała córka Mistrza. – Ojciec chce cię widzieć.
Nie ozywał się, obserwował, a ona ominęła zarośla i przepchnęła się między dębem a skała, po czym zniknęła.
No wchodź, zawołała z wnętrza usypu.
Czarna wprowadziła go o własnych siłach do środka. Patrzył i był zdumiony. Do ciemnego pomieszczenia, wpadało światło ze szczelin na zewnątrz, które obrośnięte trawą na górze były niewidoczne. Szczeliny były celowe i symetrycznie ułożone. Wewnątrz konstrukcja była wyłożona drewnem i słomą, dając ciepło. Sklepienie łukowe było zbudowane z białego kamienia, a opierało się na filarach ułożonych z bloków skalnych.
To jest największa ziemianka jaką widziałem, kto to zbudował? – rozglądał się i oceniał budowlę.
Ustawione na kamiennych, błyszczących misach z wodą. Na dnie każdej z nich widniał znak Welesa-Władcy podziemi. Świece rozświetlały pomieszczenie, z którego przechodziło się do kolejnych, mniejszych. Na ich ścianach ustawione były 4 piętrowe prycze i palenisko z wyprowadzonym na zewnątrz kominem.
Tutaj mamy spiżarnię, a poniżej studnię. Skierowała ręką na 3,5 m szyb, skierowany w głąb ziemi.- Stąd niegdyś wydobywano krzemień, z którego narzędzia przekazywane są od pokoleń. oprowadzała kierując się w stronę jednej z komnat.
Przepraszam, że musiałeś przez to wszystko przejść. – Ci, którzy tu wchodzą albo tu zostają, albo… to wyjątkowo szczególni goście.
– schlebiała mu.
Ślepiec podniósł się z siennika wspierając lagą:
Witaj! Nie ma tu wiele miejsca, nie mogę przygarnąć każdego, bo nie każdego można uczyć!
Szkoła wiedźminów… – powiedział wspominając opowieści dziadka.
Tak, to szkoła wiedźm i wiedźminów. – uśmiechnął się.
Przyprowadziłem ci uczniów…– powiedział nie do końca będąc z siebie dumnym.
Ja ich sprowadziłem. Ty wykonałeś swoją posługę. – powiedział ślepiec.
Gdzie jest zatem słowiańska „wolna wola”, o którą walczymy? – skarcił, starca będąc wściekłym na siebie, że dał się wmanewrować w sztuczkę.
Nie ma WOLNEJ WOLI!- zaśmiał się z naiwnego gościa. – Jakbyś chciał ją pojmować? -zapytał, ciesząc się z przebiegu rozmowy…WOLNOŚĆ? A wolność od wolności? To też wolność? Czy możesz wybrać między oddychaniem a nieoddychaniem, jedzeniem a głodem, życiem a śmiercią? Czy to jest wolność? A wola? Czym jest? Czy przybliża, czy też oddala nas od wolności? Uzależnia…? – roześmiał się. Uspokoiwszy głos kontynuował:
Trwa wojna, między nowo i starowiercami. Wojna została wypowiedziana dawno temu, ale kapłani południa dopiero teraz zdobyli się wejść na te tereny- ścigają nas! – mówił z szaleńczym przekonaniem w głosie. – Nie oceniaj mnie, nie masz prawa. Jesteśmy tylko figurami w wielkiej rozgrywce!-ostrzegł, wyczuwając myśli słuchacza.
Powiedz mi, co zrobisz z tymi dziećmi – domagał się odpowiedzi.
Zdolnych będę kształcił… -odrzekł chłodno.
Nie wszyscy są zdolni… – dociekał.
Wiesz, czym dla kapłanów z południa jest ZARAZA? -Perfidnie zmienił temat. Wiedźmin zamilkł.- To wiedza, która plącze umysł! To skarb, pozwalający na wyjście poza dobro i zło. Nie tego szukasz?
Nie dla tego zostali spaleni moi bracia i siostry!-zaprzeczył zarzucając mu manipulację.
No właśnie dlatego. -wyraził od niechcenia oczywistość.-I Oni… I nawet ta… pożal się, czarownica, żona Dobrowita – Czuł jego twarz i zapach przerażenia łączący się ze złością. Na to liczył. Uśmiechnął się zwycięsko, kontynuując:
– i rzecz jasna twój dobrodziej – Dobrowit, a wraz z nimi ich wojownicy … i będą następni.– zapowiedział oznajmiając, jakby miało to zależeć od niego – groził?- Wszyscy, którzy mają nas doprowadzić do ŚWIATŁA. Są naszymi drogowskazami. Ich krew nas prowadzi! Rozumiesz?!-
Nie jesteś wiedźminem, jesteś czarownikiem! Bratasz się z Czartem! – oświadczył. Chciał się na niego rzucić… ale nie mógł. Z jakiś względów pragnął słuchać dalej. Zachłanność wiedzy była silniejsza, niż unicestwienie wcielenia zła. Z niewyjaśnionych przyczyn pozwalał sobie mącić w głowie… Był to strach!
Bój się, otwierasz swoje bramy przed tym pięknym demonem. Właśnie zagląda ci do środka duszy… Pożyw się nią, śmiało! – śmiał się z niego. Gdy skończył podszedł do niego bliżej i popchnął lagą w pierś. – Jaka jest różnica? Wiedźmin, czy czarodziej… w oczach ludzi jesteśmy jednym, Odmieńcami! Pomagamy im, a oni?-upokarzał go okrutną prawdą – Nie bądź głupcem. Przyłącz się do mnie. Tylko wydaje ci się… Myślisz, „Jestem lepszy od niego!”-wskazał palcem, siedzące w ciszy, ogłupiałe przez truciznę dzieci- Te dzieciaki pójdą za mną w ogień! – ty, sam, nigdy tego nie osiągniesz! Nie potrafisz balansować między skrajnościami, chcesz WOLNOŚCI, PRAWDY… Nie zauważyłeś? Bogowie i Lechowie o nas zapomnieli. To dobrze – dali nam SWOBODĘ – Skorzystaj z niej, póki inni ci jej nie zabrali!
– Milcz, milcz! -Podniósł głos i chwycił się za głowę, chcąc uspokoić myśli-Po to mnie tu ściągnąłeś, sztuczkami? Chciałeś sojusznika? Miałem ci wskazać kolejnych do wymordowania?
– To więcej niż sztuczki. Sam przyszedłeś… Jeszcze wierzysz w WOLNĄ WOLĘ? – odwrócił się do niego plecami i ułożył na posłaniu – Skończyłem z Tobą dzisiaj. Wyprowadźcie go! -Zawołał. Młodzi, silni chłopcy przybyli na wezwanie i skłonili rozmówcę do wyjścia.
Znów poczuł ból głowy, a Czarna wybiegła przed niego, jakby uciekała z ciemności do światła.
To światło powaliło go na ziemię. To musiał być efekt wciąż jeszcze działającej trucizny. Padł na ziemię i zemdlał.

Złudzenie

Radomir otworzył oczy, słysząc głos Gala. Rozmawiał ze ślepcem i jego córką. Siedzieli przy palenisku jak rodzina i w takiej atmosferze snuli plany.
Mówisz, żeby trzymać się tej trasy… – wskazywał palcem na mapę. – Moi ludzie mówią o kilku drużynach, trzeba by doprowadzić do ich rozbicia.
Pokieruję was.– powiedziała Dobromiła, a starzec dodał:
Jestem ślepy, ale znam te rejony z czasów, kiedy jeszcze widziałem więcej– zaśmiał się, a Gal wtórował mu, jak dobremu dziadkowi.
Wiedźmin, zebrał się i chciał ostrzec przyjaciela przed wrogiem… ale nie mógł! Tak jakby coś odebrało mu głos. Język miał sztywny.
Leżał w drewnianej, łatanej słomą chacie, na sosnowej pryczy. Obejrzał się dookoła i powolnym ruchem, chwycił gliniane naczynie z wodą. Stać go było, by zebrać siły i rzucić nim w starca.
Ten, mimo, iż siedział do niego plecami, obrócił się i złapał je w powietrzu.
Nieźle jak na ślepca.-skomentował sztuczkę podekscytowany Gal, zerwawszy się by zrobić to samo.
– Odpocznij przyjacielu, masz majaki! Jesteś chory!– instruował Wojownik.
Córka zabrała od ojca naczynie i wypełniła je miksturą, by napoić półprzytomnego.
Ten, wypluł wlewaną w niego ciecz i na ile mógł odepchnął czarownicę.
Gal, ledwo usiadłszy, zerwał się ponownie.
– Pilnuj swoich ruchów! -krzyknął ostrzegawczo do przyjaciela, ale został sprowadzony na siedzenie przez starca.
– Zostaw. On nie panuje nad sobą. Mówiłem, to efekt grzybów, które jedli z twoimi towarzyszami.– Powiedział starzec, uśmiechając się.
-To go nie tłumaczy!– usiadł.
– Poradzę sobie.– uśmiechnęła się zalotnie kobieta.
– Nie mogę zrozumieć, jak taki znawca ziół dał się oszukać grzybom. -powiedział niedowierzająco Wojownik.
– To moja wina -– Zareagowała, słysząc wątpliwość w głosie- Pozwoliłam dzieciom zbierać owoce lasu, żeby przygotować strawę. Widocznie nie przebrałam wszystkiego. Musiałam nie zauważyć.– tłumaczyła.-Naprawię swój błąd.
– Tym razem ojciec ją przypilnuje…– Powiedział kładąc rękę na ramieniu wojownika, tak jak kładzie się na łbie psa, by był mu posłuszny.– Jak zauważyłeś, nie potrzebuję oczu, one, „jak widać” -zaśmiał się- potrafią dawać złudzenie.
Galowi tak, czy owak było wstyd za towarzyszy, nad którymi trzeba było się pochylać jak nad dziećmi.
Dał się zachwycić Mistrzowi. Najwyraźniej ujął go opowieściami i tezami. Potrafił bezbłędnie dotrzeć do rozmówcy, dając mu komfort bycia wyjątkowym człowiekiem. Rozmawiali wystarczająco głośno, by leżący obok słyszał i cierpiał. Prawili jak mistrz, z mistrzem.
Wiedźmin był teraz niewolnikiem swojego ciała. Czuł wyraźnie – Coś go kontrolowało. Z czasem upewnił się, że nie coś, ale „ktoś”, celowo zabrał mu SWOBODĘ!
– Pij Radomirku, albo tak już ci zostanie. – wyszeptała czarownica Dobromiła. Zdradzając swoje dotąd ukrywane oblicze.-Pij, albo nie zobaczysz już swojego syna i żony!
Wlewała w niego napój. Tym razem poddał się i przyjął płyn, otwierając szeroko oczy, jakby się w nim topił.
– Jutro już nie będziesz się bał… Wiedza jest przekleństwem dla słabych. Uwierz mi!-odstawiła miskę od ust i dotknęła swoim polikiem jego.-Nie było ci pisane do nas dołączyć, ale będziesz nam jeszcze potrzebny! Jutro porozmawiamy jak dawniej!– mówiła cicho do jego ucha, po czym je ugryzła i zachichotała. – Teraz zapomnij o wszystkim, co cię dręczy i śpij!– powtarzała do ucha.

Magia

Zziębnięte, osłabione ciało Radomira leżało na kamiennej posadce. Gal wyruszył w podróż, wiedząc, że zostawia go w dobrych rękach. Teraz mogło zdarzyć się wszystko. Cel został osiągnięty. Jaki zamiar mieli czarownicy…?

Dziadek – nauczyciel naszego bohatera- opisywał magię bardzo praktycznie. Nie było w tych opowieściach, bajkowych treści, dopisywanych dla odwrócenia uwagi od definicji. Słuchając ich, człowiek zdawał sobie sprawę z jej oddziaływania na każdym kroku. Nie dostrzegamy, że użytkujemy ją od momentu, kiedy rodzi się życie, aż po śmierć. Potem i przedtem jesteśmy zdani na innych – magów.
Zabawne jest, ilu rzeczy nie widzimy, albo ilu nie chcemy… dlaczego? Czego się boimy? Tego, co powiedzą inni, czy sami siebie? A może gdzieś tam, w odległej jaźni, pamiętamy jak jest silna… Siłą tych, co tak bardzo niecierpliwią się w świecie snów, świecie niemocy!

Kiedy spał, widział ciemność, a w ciemności gwiazdy. Każda z nich płonęła i krzyczała płonąc z bólu. Gwiazdy ułożone w pentagram, z którego każdy punkt patrzył na niego znajomymi oczami.
Z krzyków bólu wyłonił się głos kobiety:
Co z nim zrobimy, kiedy się obudzi?- powiedziała czarownica do ojca.
Nie powinien nic pamiętać. Zobaczymy. –zastanowił się ślepiec-Jego towarzysz prędko nie wróci, ale kiedy wróci, będzie mi potrzebny…
To by mogło naciągnąć zaufanie.– zawahała się- szkoda ryzykować, za dużo osiągnęliśmy.
Chcę mieć pewność, że nie będzie pamiętał nic z naszej rozmowy! – wydał polecenie.

Unosił się niematerialnie nad wszystkim. Jakby jego oczy, były nieskupione w jednym miejscu. Dwa ciemne punkty odeszły od leżącego na kamieniach Radomira. Dusza widzi i słyszy, ale ciężko tę idealną pamięć odtworzyć, na tak prostym urządzeniu jak ciało.
Nagle światło z oddali pochwyciło go do siebie.
W blasku ukształtował się fizyczny zapis postaci dziadka, zapamiętanego dobrze po raz ostatni. Uśmiechnięty, przemówił:
Czekaj!- powiedział ze spokojem- Tu za wiele nie zdziałasz.
Nie chcę tu być!-
Nikt nie chce!- Nie zdejmował uśmiechu z twarzy.- Niecierpliwych tu nie brakuje. Tak się rodzą demony… Ale czy warto?
Mam rodzinę!-
Każdy kogoś ma, a nawet jak nie ma, to nic tu nie osiągniesz… tu się oczekuje.-
Mówisz tak, bo zrobiłeś na tym świecie wszystko, Dziadku!
He, he.. mmm. – zamyślił się.-wszystko… Nie rozumiesz nawet tego pojęcia. -Tej rozmowy nie spamiętasz! Zostanie zapisana-jak wszystko- ale czy ją odnajdziesz? -poczuł jakby dziadek wstał i spojżał mu głęboko w oczy – No, jak można odnaleźć coś, czego się nie szuka… nie wiedząc o tego czegoś istnieniu.
Dlaczego nie wróciłeś do mnie? – wyrzucił z siebie.
Byłem.-odparł tak, jakby rozmówca potwierdził, wypowiedzianą wcześniej przez niego tezę.
… Skrzat?- zdziwił się lekko.
Starałem się, jak mogłem.
Ale dlaczego Skrzat?
Na tyle mi pozwoliłeś… Wszystko to, o czym pomyślisz, w co uwierzysz i wypowiesz – STAJE SIĘ. – Powtórzył sentencję, przytaczaną wielokrotnie za życia… ale chyba nie do końca zrozumianą przez ucznia. Przestał się uśmiechać, a światło zaczęło przygasać.
Wiedźmin, oddalał się od niego szubko, coraz szybciej… i wpadł w ciało, łapiąc oddech.
Otworzył trzeźwo oczy… tylko tyle mógł. Ciało było odrętwiałe. Nie wiedział ile czasu leżał. Wystarczająco długo, żeby nie móc niczym ruszyć. Usta miał suche. Chciał pić. Suchy jęzor tkwił mu ustach bezwolnie.
Po chwili trzeźwości, zaczęło mu się kręcić w głowie, a narastający ból dociskał jego powieki.
Wiedział jedno- żył. Starał się łączyć ze sobą obrazy w głowie, ale ten wysiłek doprowadzał do pustych torsji, sprawiających mu jeszcze większy ból. Starał się skoncentrować na żonie. Pomyślał o niej i wymamrotał jej imię.
Ten wysiłek był jak przeforsowanie kamiennej ściany. Udało się, czuł, że „kamienie się posypały”, ale nie zdołał wykonać następnego kroku. Padł z wysiłku.

Zew

Kamienie posypały się do strugi, wydając głośny plusk w ciszy i zwracając na siebie uwagę Szeptuchy.
Radomir!– powiedziała i z wrażenia przysiadła odkładając na trawę, wieszane, mokre płótna.
W tej chwili zastanowienia poczuła jak przeszywa ją chłód, a gęsia skórka wyszła jej na rękach, sprowadzając na nie wzrok.
Zostawiła rzeczy i popędziła do ziemianki, sprawdzić, czy z dzieckiem wszystko w porządku.
Wściekły zerwał się z Czujnym na równe nogi, czując, zagrożenie.
-Czarna! – powiedziała, tak jakby usłyszała wilczycę nieopodal.
Była w trzecim miesiącu ciąży, ale to, co poczuła nad rzeką, było tak silne, że nie potrafiła myśleć logicznie.
Znała to uczucie. Miała je za każdym razem, kiedy mu coś groziło, a on chciał, by wiedziała.
Chwyciła płócienną torbę, a płótnem na którym leżało dziecko, otuliła je wokół siebie, tak, by mogła z nim natychmiast ruszyć w drogę.
Nie mogła. Wilki zablokowały jej wyjście. Patrzyły złowrogo, chcąc ocalić ją przed samą sobą.
– Odejść!– Krzyknęła, ale to tylko rozdrażniło strażników.-Wypuśćcie mnie! On mnie potrzebuje!– Nie dawały za wygraną. Nie miała już wątpliwości, że stało się coś złego. Jednak powoli wracały zdrowe zmysły i zaczęła sobie uświadamiać beznadziejność sytuacji.
Wściekły zwolnił z tonu, widząc jak kobieta płacze, tuląc dziecko w ramionach.
-Zostaw mnie! Zostawcie mnie wszyscy! – krzyczała, tępiąc w sobie kujące ją emocje. – Co mam zrobić?– warknęła do zwierząt.- Nie radzę sobie! Mam dosyć tej samotności, tego oczekiwania! Mam dosyć wiecznego strachu! – Wyrzucała z siebie, a Wściekły tylko spuścił uszy po sobie.
Trwało chwilę, aż się uspokoiła i zdjęła dziecko. Malec przejął emocje od matki i zaczął płakać.
-Teraz ty?– spojrzała na wybudzone dziecko-Błagam, uspokój się! – przepraszała przez łzy.
Przestał. Ale, to nie błaganie, a odgłos z zewnątrz odwrócił jego uwagę.
Czujny miał postawione uszy od początku, nie mogąc rozszyfrować dźwięku.
– Czarna! -ponowiła. Przeczucie jej nie myliło. Było jasne, że jeżeli jej mąż miałby problemy, suka przyprowadziła by pomoc.
Tym razem, bez przeszkód wybiegła na rozlewisko. Psy za nią.
-Czujny, gdzie jest Czarna? Szukaj jej!– wydała polecenie, ruszając w jego ślady. –Wściekły, zostań przy małym! – powiedziała, odwracając się w biegu. Czuła zagrożenie.
Pobiegli w las i zniknęli mu z oczu za drzewami. Wilk stał nieruchomo, oczekując.
Nie szukali długo, ciężki oddech, wydobywał z jej pyska słyszalny, niepokojący świst.
Czarna leżała nieopodal, próbując doczołgiwać się do ziemianki. Widać było, że robi to, od kilku dni. Wiedźma podniosła ją, by zanieść do domu. Jej łapy zwisały bezwolnie, a oddech był słaby.
Wściekły zobaczył ich i zawył. Wszyscy zeszli pod ziemię. Matka Rozpaliła ogień, by rozgrzać zimne ciało zwierzęcia. Poszkodowana, nie miała śladów pobicia, złamań, ran. Całkowite omdlenie i nieobecny wzrok, wskazywał na zatrucie. Powąchała jej pysk i zestawiła ten zapach z pamiętanymi ziołami i truciznami. Ciężko było cokolwiek rozpoznać, była mokra, cała w błocie. Zwierzęta szukają lekarstw na własną rękę. Wyżerają z traw, co się da. W tym wypadku trudniej zweryfikować przyczynę.
Próbowała.
Tylko Czarna mogła zaprowadzić ją do Wiedźmina. Szeptucha nim to zrozumiała, kierowała się wyłącznie powołaniem, chcąc ocalić przyjaciółkę.
W tym czasie On leżał nieprzytomny gdzieś daleko, na łasce nieprzyjaciół. Nie znał przyszłości i mógł zapomnieć o tym, co było.

ROZDZIAŁ IV.

Reklamy